poniedziałek, 12 sierpnia 2019

III

[Ciara]
Lillie niespokojnie rozgląda się przez całą drogę z Areny do naszego domu. Spotkanie z Tropicielami, jak widać, jeszcze nie całkiem poszło u niej w niepamięć… Może być tak, że nigdy nie pójdzie. Owen prowadzi ją za rękę, którą dziewczynka mocno ściska. Widzę po twarzy brata, że euforia spowodowana zwycięstwem w finałach, nie pierwszym i miejmy nadzieję, nie ostatnim, powoli z niego schodzi, a zastępuje ją zmęczenie. Lekki grymas na twarzy sugeruje, że ból powoli przebija się przez niknące pokłady adrenaliny. Zastanawiam się, dlaczego tym razem poszło mu tak… tak kiepsko. Zwykle Vince nie jest dla niego trudnym do rozgryzienia przeciwnikiem.
Wchodzimy do domu, gdzie Owen posłusznie siada na odrobinę rozchybotanym krześle. Późnowieczorne powietrze wpada do środka przez otwarte drzwi, nie mam powodu, aby je zamykać. Lubię mieszaninę zapachów, która jest charakterystyczna dla tego ulotnego momentu pomiędzy dniem, a nocą. Zapalam kilka świec i wyjmuję z szafki najpotrzebniejsze rzeczy. Ostrożnie badam nos brata, który na całe szczęście nie jest złamany. Nie umniejsza to jednak bolesności tego zabiegu. Lillie obserwuje go swoim dziecięcym spojrzeniem, pełnym uwielbienia.
- Do jutra będę gotów? - pyta Owen, kiedy opatruję mu pęknięty łuk brwiowy.
Będę zmuszona założyć tam ze dwa szwy. Unoszę brew, słysząc jego pytanie. Wygrał dzisiaj taką górę pieniędzy, że spokojnie mógłby zrobić sobie jeden cykl przerwy. Wzdycham bezdźwięcznie i kładę flakonik olejku z cynamonowca kamforowego na stół.
- Nie umrzemy z głodu, jeśli zrobisz sobie krótką przerwę. - Pokazuję mu na migi.
- Ale wyjdę z wprawy, moja marudo – odpowiada, jakby wcale dzisiaj nie został prawie zmasakrowany prze Vincenta.
Coraz bardziej utwierdzam się w przekonaniu, że Owen najzwyczajniej w świecie to lubi. Walki, adrenalina, dziewczęta mdlejące na jego widok… To wszystko musi być uzależniające. Musi działać na człowieka jak mleko makowe, pragnie się więcej i więcej. Jedno i drugie może zabić, ale uzależnienie od walk daje człowiekowi ułudne wrażenie nieśmiertelności. Mam wrażenie, że mój brat wierzy, że nic wielkiego nie może mu się przecież stać, że zawsze wystarczę ja i kilka roślinnych wyciągów. 
Spoglądam na Lillie i zastanawiam się, co z nią teraz zrobić. Już trochę za późno na powrót do domu. Tropiciele lubią czasami urządzić sobie małe polowanie po zmroku. Pokazuję dziewczynce, aby podeszła. Może się na coś przyda. Nasączam kawałek materiału olejkiem i nakładam na rozcięty łuk brwiowy brata. Muszę robić to szybko, bo ma on w zwyczaju szybko odparowywać. Później podaję tę szmatkę Lillie i pokazuję, że ma trzymać tuż pod raną, aby krew miała w co wsiąknąć. Ujmuję w dłoń igłę, którą dezynfekuję w ogniu świecy i zgrabnie zaczynam zszywać Owena. Brat lekko się krzywi, olejek nie jest idealnym środkiem znieczulającym, ale trzymam go mocno za włosy, aby się nie wiercił. Nie muszę wkładać w tę czynność zbyt wiele siły, nie pierwszy raz szyję Owena, więc jest on przygotowany na natężenie bólu, które się z tym wiąże. Wie też, że nie chcę go skrzywdzić. Wręcz przeciwnie, jest jedyną osobą na tym świecie, której nie poświęciłabym nawet za cenę własnego życia. Co innego Lillie. Prawda jest taka, że uratowałam ją przed Tropicielami nie z powodu empatii, czy altruizmu, po prostu inaczej mogłaby doprowadzić ich do mnie, mogłaby zdradzić moje położenie. 
Zakładam drugi szew, więcej nie będzie trzeba. Dezynfekuję i oczyszczam ranę spirytusem, który zdobyłam ostatnio z nielegalnej, domowej produkcji. Ale czy poza Horrendum produkcja czegokolwiek jest uważana za legalną?
- Rozbieraj się z koszulki. - Zwracam się do Owena.
Mój brat uśmiecha się z lekką złośliwością.
- Jesteś dziś bardzo bezduszna. Gdzie się podziała moja kochana siostrzyczka, która…? - Owen urywa, kiedy uderzam go w ramię zwiniętym ręcznikiem.
- Zaraz sam się będziesz opatrywać, bo bezduszna siostra jest już zmęczona – odpowiadam mu, mrużąc lekko oczy.
Kocham go najbardziej na świecie, co nie zmienia faktu, że to odrobinę rozpuszczony narcyz.
- Lillie mnie opatrzy. Prawda, ślicznotko? - Owen zwraca się do dziewczynki, która lekko się rumieni.
Ona też już jest zmęczona, widzę to. Strach, adrenalina, ekscytacja, wszystko to powoli przekształca się u niej w wyczerpanie.
- Ślicznotka idzie teraz spać – odpowiadam mu i łapię dziewczynkę delikatnie za ramię.
Prowadzę ją do mojej izby, gdzie pomagam jej przebrać się w jedną z sukienek, z których już wyrosłam. Wygodna z długimi rękawami w popielatym kolorze. Lillie posłusznie ją zakłada.
- Dziękuję – mówi i kładzie się na łóżku.
- Dobranoc. – Pokazuję jej gestem.
Dziewczynka okrywa się kocem i przymyka oczy.
- Dobranoc – odpowiada szeptem, kiedy wychodzę.
Owen siedzi już bez koszulki i bawi się wilczą jagodą, którą toczy po stole. Zupełnie nie wiem, skąd ma ten pożądany, aczkolwiek trujący owoc.
- Jedna z moich Lisic zaproponowała mi dzisiaj, że upiecze dla mojego przyszłego przeciwnika ciasto z tych słodkich jagód. - Owen podaje mi owoc.
- To mogłoby rozwiązać problem z opatrywaniem cię. Jeśli wszyscy twoi potencjalni przeciwnicy zostaną otruci… - mówię szybko.
- Zgłosiłem ją. Ma dożywotni zakaz wstępu na walki. Jeszcze podejrzenia padłyby na mnie i nie mógłbym startować – przerywa mi Owen.
Przysuwam sobie drugie krzesło, które już dawno nie ma oparcia, a jedna noga jest odrobinę krótsza. Siadam przed bratem i opieram czoło na jego mostku, a on przygarnia mnie ramieniem. Czuję wręcz fizycznie więź, która nas łączy. Ludzie tyle mówią o miłości, ale zwykle pomijają ten silniejszy nurt, ten dodatkowo wzmocniony więzami krwi, na rzecz fizycznego pociągu. Tamta miłość ma na celu jedynie przedłużenie gatunku, pierwotne pożądanie, nic nad to. Ale uczucie, które łączy rodzeństwo, czy to między matką, a dzieckiem… Tego nie da się tak łatwo wykorzenić. Nie da się kupić.
- To teraz mnie opatrzysz, kochana siostrzyczko? - pyta Owen, szczypiąc mnie w ramię.
Odsuwam się i spoglądam na niego zimno.
- Gdybym akurat stał w płomieniach, twoje spojrzenie byłoby bardzo pomocne. - Uśmiecha się złośliwie.
- Gdybyś miał mózg, też byłbyś mi bardziej pomocny – rzucam szybko i spoglądam na jego klatkę piersiową i brzuch.
Na żebrach widnieje mozaika różnokolorowych siniaków. Badam palcami każde żebro po kolei, aby nie przeoczyć żadnego złamania. Owen może mnie uważać za cudotwórcę w świecie opatrywania, leczenia i zielarstwa, ale nie odkryłam jeszcze rośliny, która leczy złamania, czy przebite płuca. Na całe szczęście wszystkie żebra mają się dobrze. 
Wdycham wpadający przez nadal otwarte drzwi zapach nocy, który miesza się z olejkami i wyciągami, których używam. Słyszę niedalekie dźwięki, przytłumione stąpanie. Przymykam oczy, aby lepiej je zlokalizować, aby rozpoznać potencjalne zagrożenie. Brzmi jak stado, zapewne wilków. Mija zaledwie sekunda, kiedy ich wycie utwierdza mnie w przekonaniu, że się nie pomyliłam. Nie zbliżą się do domu, zbyt wiele tu światła, języków ognia liżących świece, zbyt głośno… Mimo iż dla mnie to nie hałas. 
Kończę opatrywać Owena. Posługuję się głównie wyciągami z pomornika aby zniwelować krwawe wykwity i sińce. Odrobina olejku miętowego natomiast przynosi niewielką ulgę w bólu… daje odczucie chłodzenia. Później siadam na podłodze przy drzwiach, a mój brat siada tuż obok. Obejmuje mnie delikatnie ramieniem i całuje w skroń.
- Co ja bym bez ciebie zrobił? - pyta, ale jakby w przestrzeń.
Wzruszam ramionami i wtedy pierwszy, całkiem spory kształt przecina drogę wzdłuż naszego domu. Idealne ruchy łap, synchronizacja z pozostałymi osobnikami. Lśniące w ciemności ślepia… przez ułamek sekundy skierowane w moją stroną. Moje serce przyspiesza, a zwierze przysiada na tylnych łapach i wyje rozdzierająco, ale jakby… zaczepnie. To głupie, ale tak to dla mnie brzmi, jakby wilk rzucał mi wyzwanie, a ja nie mogę na nie odpowiedzieć. Ta chwila nie trwa nawet minuty, bo zwierzę podnosi się i rusza dalej w ślad za swoimi towarzyszami, za swoją watahą. Siedzimy tak jeszcze kilka chwil, aż w końcu Owen podnosi się ze stęknięciem i zamyka drzwi. Ruszam w ślad za nim do pokoju. Chłopak przysiada na swoim łóżku, na którym zwinięta w kłębek spokojnie oddycha Lillie.
- Nie zrobisz wyjątku i nie dopuścisz jej do siebie, prawda? - pyta mój brat, odgarniając blond włosy z twarzy dziewczynki.
Nie mam do niego żalu, że zadaje to pytanie. Jeśli człowiek czegoś nie doświadczył, trudniej mu postawić się na miejscu drugiej osoby. Nawet jeśli kogoś naprawdę kochamy, nie wiemy, co tak naprawdę siedzi w jej głowie. Być może, gdyby mojego brata spotkało coś podobnego, rozumiałby mnie w tym aspekcie. Chociaż każdy z nas jest wyjątkowy i jedyny w swoim rodzaju, reaguje na swój własny sposób, nie można wymagać, że każdy na świecie podejmie dokładnie taką samą decyzję i w ten sam sposób zmierzy się z jej konsekwencjami.
- Wiesz dobrze, że nie – odpowiadam mu beznamiętnie.
Owen przytakuje skinieniem i całuje mnie w czoło. Zaczął tak robić po tym felernym dniu, jakby bał się, że nie okazuje mi wystarczająco swojego przywiązania, swojego wsparcia. Układam się na swoim łóżku i obserwuję brata. Blizna w okolicy lędźwi przypomina mi, że przy pierwszej walce prawie stracił jakąkolwiek sprawność. Był taki młodziutki, uroczy z tymi jego czarnymi loczkami… kochany. A później życie zmieniło go w odpowiedzialnego, dorosłego mężczyznę. Szkoda, że przez Horrendum musiało to nastąpić tak szybko. 
Owen delikatnie przesuwa Lillie, aby zrobić sobie miejsce i kładzie się na plecach. Przykrywa szczelnie dziewczynkę, w nim zostały jakieś elementy altruizmu. Jemu Lisy nie odebrały czegoś na tyle ważnego, aby musiał się go wyzbyć. Nie rozumie jeszcze, że jedynie na siebie można liczyć, że kiedy dopuszcza się do siebie zbyt wiele osób są one jak kamienie przywiązane do nogi tonącej osoby. 
Obracam się plecami do brata i zasypiam.

***

[Aida]
- Szybko wczoraj zniknęłaś.
Cicero dopada mnie jeszcze przed wejściem na salę. Do szkoły chodzą zarówno Parnasi, Jaśni i Ciemni, ale my mamy osobne klasy, zazwyczaj po jednej na roczniku. Mamy też dodatkowe zajęcia w soboty, tak jak dzisiaj, na których uczymy się zarządzania Enklawą. Podobnie jak nasi rodzice, kiedyś zajmiemy wysokie urzędy państwowe. Musimy dobrze przygotować się do tej roli, by odpowiedzialnie zarządzać naszą społecznością, która zrzesza dużą część ocalałej po Potopie ludzkości. Poza naszymi granicami niewiele jest miejsc, gdzie wciąż możliwe jest życie.
Hamuję poirytowane westchnięcie i poprawiam torbę na ramieniu.
- Mówiłam ci, że nie lubię imprez. A poza tym, jakbyś nie zauważył, nie przepadamy za sobą z twoją siostrą, więc ograniczyłam tę wątpliwą przyjemność do minimum – odpowiadam chłodno.
- Teraz jest mi przykro, Ai. Musisz mi to wynagrodzić... - Blokuje mi wejście, opierając się barkiem o framugę drzwi i zaplata ręce na piersi. Nie da się nie zauważyć, jak mięśnie napinają się pod białym t-shirtem.
Oj tak, biały to zdecydowanie kolor Cico.
- Jeśli nadal będziesz mnie tak nazywał, to na pewno nic ci nie wynagrodzę – prycham. - Nie mówiąc o tym, że nie mam czego ci wynagradzać.
- Hmm, czyli jeśli zrezygnuję z tej uroczej ksywki, to mogę liczyć, że dasz się wyciągnąć dziś po zajęciach na kawę? - pyta, mrużąc oczy. - Znam dobrą kawiarnię w dzielnicy Ciemnych. Ja stawiam – kusi mnie dalej.
- Czy jeśli się zgodzę, to się ode mnie odczepisz? - wzdycham poirytowana.
- Jeśli się zgodzisz, to dasz mi szansę cię całkowicie oczarować i już ni będziesz chciała, bym się odczepił – odpowiada z szerokim uśmiechem, a ja wywracam oczami.
- Masz zbyt wysokie mniemanie o sobie.
- Ale to najprawdziwsza prawda!
Kręcę głową i przeciskam się obok niego do sali, bo zaraz rozpoczną się zajęcia. Wchodzi za mną i siada – jak to ma ostatnio w zwyczaju – na moim blacie.
- O szesnastej na głównym placu. - Puszcza do mnie oko i znika, by zająć swoją ławkę z tyłu.
Halo, czy ja w ogóle mam coś do gadania?!
Przez cały dzień chodzę poirytowana władczym zachowaniem Cicero, ale gdy kończą się zajęcia, mimo wszystko idę na główny plac. Chłopak już czeka, oparty nonszalancko o mur, jak zwykle wpatrzony w ekran swojego telefonu.
- Oślepniesz i dostaniesz garba, jak nie przestaniesz się bawić tymi głupimi gierkami – mówię zamiast powitania.
- Och, to poważny argument... - Odrywa wzrok od ekranu i chowa telefon do kieszeni. - Nie dość, że nie będę mógł na ciebie patrzeć, to nie będziesz mnie chciała takiego garbatego. – Robi przerażoną minę.
Wywracam oczami, ale nie ukrywam, że robi mi się miło. Komplement z ust kogoś takiego, jak Cico... Cóż. Nie jest znowu aż taka ostatnia, żeby dziwiło mnie, że mógłby być mną zainteresowany. Ale z drugiej strony, nie jestem zbyt towarzyskim typem osoby, a on zalicza się do tej popularnej części grupy. Zawsze w centrum uwagi i tak dalej... Totalnie nie te liga.
- Czego ty ode mnie chcesz? - pytam.
- Niczego. To znaczy, tak się składa, że akurat dziś mam biznes, ale tak poza tym to po prostu chciałbym czasem wyskoczyć z tobą na kawę – wyjaśnia.
- Jaki biznes? - pytam rzeczowo.
- Twoja siostra dobrze zna Figara, prawda?
- No, kumplują się. Jeśli pytałbyś mnie o zdanie, powiedziałabym ci, że koleś na nią leci i dlatego tańczy, jak ona mu zagra – wzdycham. - To się dla nich obojga źle skończy. A co?
- Potrzebuję się dostać na Zamurze. – Cicero ścisza głos.
- Ty też?! - syczę wściekłym szeptem. - Czy jestem jedyną osobą, której nie ciągnie na drugą stronę?
- Jeden raz, mam sprawę do załatwienia. Jednorazowo.
- Nie ma Muru, możesz po prostu wyjść z Enklawy i viola – jesteś na Zamurzu – przypominam mu. - W czym problem?
- Problem w tym, że potrzebuję pewną... roślinę. Tutaj jej nie dostanę, bo...
- Bo jest nielegalna – kończę domyślnie. - A Figaro ma do tego jakieś dojścia, czaję. Czemu z nim o tym nie porozmawiasz?
- Bo, delikatnie mówiąc, Fi za mną nie przepada. Nasi rodzice się nie lubią, a poza tym Zoe w dzieciństwie mocno mu dokuczała, głównie nazywała go grubaskiem... Mniejsza o to. - Cico kręci głową. - Fi lubi twoją siostrę, a ja lubię ciebie. Da się coś zrobić w tej kwestii?
- Jeśli natknę się na Figara, to mu wspomnę, że masz do niego biznes, ale na nic lepszego nie licz – stwierdzam w końcu łaskawie.
- Okej. - Cicero rozpromienia się, jakbym mu co najmniej obiecała złotą górę. - To co? Idziemy na tę kawę?
- Idziemy – wzdycham ponuro.
Obiektywnie patrząc, spędzamy miłe popołudnie w przytulnej kawiarni. Cicero nawet nie prosi o rachunek – kto śmiałby skasować syna pani prezydent? Nie uważam tego czasu za zmarnowany, kiedy nie próbuje mnie zdenerwować, jest całkiem sympatyczny. Walory estetyczne działają niestety na jego korzyść.
- Przyznasz się, dokąd uciekłaś? - pyta z ciekawością, gdy zamawiamy kolejną szarlotkę.
- Musiałam przypilnować siostry. Jak zwykle szukała guza. - Wzruszam ramionami.
- I znalazła?
- Owszem. Ja zresztą też – przyznaję niechętnie. - Ale to się więcej nie powtórzy.
Co prawda, dopóki nie skończę kuracji, ta mała wesz ma nade mną ogromną przewagę, ale nie dam się wciągnąć w jakieś szemrane interesy. Owszem, wygrana wczoraj kasa jest przyjemną rekompensatą wszystkich nieprzyjemności, które mnie tam spotkały, ale raz wystarczy. To nie mój świat.
Aurory zresztą też nie.
- Ale to akurat musimy powtórzyć, Ai. - Cicero bierze mnie za rękę, a ja mrożę go wzrokiem.
- A tak dobrze ci szło – prycham, jednak nie cofam dłoni.
- Naprawdę pasuje ci ta ksywka.
- Naprawdę to mi ona nie pasuje, a wręcz mnie drażni – odpowiadam.
- Lubię się z tobą droczyć, wyglądasz bardzo seksownie, kiedy jesteś poirytowana. - Cico mruży oczy i przygryza dolną wargę, przyglądając mi się lekko prowokująco.
Z wrażenia aż nie udaje mi się wymyślić żadnej sensownej riposty.
- Ha, udało mi się zbić cię z pantałyku! - woła ucieszony Cicero i nie wiem, czy powiedział to tylko po to, by mnie zagiąć, czy moje zaniemówienie jest tylko dodatkową konsekwencją.
- Nie wiem po prostu, jak można być aż tak zarozumiałym – wzdycham w końcu. - Muszę lecieć, mam jeszcze trochę rzeczy do zrobienia w domu. - Podnoszę się z krzesła i sięgam po torbę.
- Szkoda. Odprowadzę cię.
- Nie trzeba. - Kręcę stanowczo głową. - Co za dużo, to nie zdrowo.
- Popracujemy nad tym. - Mruży oczy, a ja wzdycham ciężko.
- Jakim cudem mieścisz się w drzwiach z takim rozdętym ego? - pytam retorycznie i wychodzę odprowadzona jego złośliwym uśmieszkiem.
W sumie mogłabym na niego całkiem ostro lecieć... gdyby tylko mnie tak bardzo nie irytował.
W domu panuje cisza i spokój. Pen napisała, że wróci późno, ale Aurora od dawna powinna być w domu. Zaglądam do jej pokoju, jednak nic nie wskazuje na to, że w ogóle była tutaj od rana. Dopiero w kuchni na blacie dostrzegam krótki, nabazgrany na serwetce liścik.

A.!
Wiesz, gdzie mnie szukać.
Całusy, A.

Klnę cicho pod nosem i mnę serwetkę w dłoni. Ta smarkula znowu polazła za Mur!
A co gorsza, liczy, że do niej dołączę. Gdyby tego nie chciała, nie zostawiałby listu, po prostu by poszła. A skoro postanowiła mnie o tym fakcie poinformować, to znaczy, że próbuje mnie tam ściągnąć. Wie, że ma nade mną władzę. Wiedza to potęga, wiem to doskonale.
Wie, że pójdę. Nie dlatego, że się o nią martwię, bo naprawdę zaczynam mieć dość jej wybryków, ale dlatego, że jeśli tego nie zrobię, bez wahania na mnie doniesie. Jeśli zaś pójdę, będę współwinna. Jeśli wpadniemy, to obie.
Sprytne zagranie, siostruniu.
Wzdycham ciężko i piszę do niej SMSa:
Aida: Tam, gdzie wczoraj?
Odpowiedź przychodzi po niecałej minucie.
Aurora: Tak. Zaczyna się za godzinę, zdążysz obstawić.
Raz jeszcze klnę pod nosem, zostawiam mamie wiadomość, że poszłam na randkę z Cicero i wychodzę z domu.
Aurora tego pożałuje. Oj, gorzko pożałuje.

***

[Ciara]
Budzi mnie delikatny dźwięk, coś jak drapanie. Uchylam powieki i oceniam porę dnia po niemrawych promieniach za oknem. Jest wcześnie i to nawet bardzo. Cicho opuszczam łózko i udaję się na poszukiwanie źródła dźwięku. Kolejny cichy odgłos, bliżej niż poprzednio. A więc idę w dobrym kierunku. Dociera do mnie również ciche skomlenie, tuż za drzwiami. Niepewnie uchylam je i zauważam na progu kupkę zakrwawionego futra. Błyszczące, rozszerzone oczy wilka, wpatrują się we mnie błagalnie. Czuję uderzenie nieprzyjemnego gorąca na twarzy. Zwierze ma obdartą ze skóry lewą tylną łapkę, a jego bok znaczy długie, głębokie rozcięcie. Dyszy ciężko, wiem że nie jestem w stanie nic zrobić. Ziarnka piasku w klepsydrze jego życia się kończą. Spogląda na mnie jeszcze raz, ostatkiem sił opiera pyszczek o moją nogę i umiera. Po prostu przestaje oddychać, a ja wymiotuję żółcią tuż obok jego ciała. Tylko Tropiciele robią coś takiego dla zabawy i chorej przyjemności. Chwilę później moim ciałem szarpie kolejna, tym razem bezowocna, torsja. To mogłam być ja, gdybym tylko zdecydowała się odprowadzić wczoraj Lillie, gdybym nie została w domu z Owenem.
W tej pozycji znajduje mnie mój brat. Ostrożnie bierze mnie na ręce i sadza na stołku w kuchni. Obserwuje mnie czujnie, stawiając wodę na napar ziołowy. Chwilę grzebie w mojej szafie z ziołami, robiąc mi tam bałagan, aż w końcu wyjmuje mieszankę. Na słoiku znajduje się karteczka, na której moim zgrabnym pismem wymieniony jest skład. Lawenda, rumianek, melisa, szyszki chmielu… i inne składniki, które, przynajmniej w teorii, mają ukoić zszargane nerwy.
- Dlaczego zareagowałaś… - urywa Owen.
- To byli Tropiciele – odpowiadam lekko drżącymi rękami. - Gdybyśmy z Lillie wczoraj… - Tym razem ja urywam.
Brat odgarnia mi włosy z twarzy i zmusza, abym na niego spojrzała. Rozcięcie, które wczoraj zaszyłam jest lekko opuchnięte, ale nie krwawi, nos wygląda nie najgorzej.
- Nie pozwoliłbym ci wyjść o tak późnej porze, a już na pewno nie beze mnie – stwierdza z lekko wyczuwalną urazą.
Oczywiście. Jak śmiałabym wątpić, że zawsze mnie ochroni, że przy nim nic złego mi nie grozi? Jude przynajmniej nie udawał, że nic nie może… Jak zwykle, kiedy tylko pomyślę to imię, moja klatka piersiowa zaczyna boleśnie pulsować. Odczucie jest podobne, do tego, jakby ktoś stopą silnie naciskał na mostek. Podobno właśnie tak boli złamane serce, ale skąd miałabym wiedzieć, skoro go nie posiadam?
- Owen? - Do pomieszczenia wchodzi zaspana Lillie, trąc oczy.
- Tak, skarbie? - Mój brat przykuca przed nią, zasłaniając jej pole widzenia.
Drzwi są nadal otwarte, a ciało skatowanego wilka nie jest tym, co przeciętna dwunastolatka chciałaby oglądać. Ale czy mnie kiedykolwiek ktoś zapytał, czy chciałam takiego losu? To, co robi właśnie Owen to bezsensowne trzymanie dziewczynki pod kloszem.
Wzdycham, widząc jego spojrzenie i wstaję, aby zamknąć drzwi. Już trochę ochłonęłam z pierwszego szoku. Żal mi zwierzęcia, nie życzyłam mu takiego końca, ale teraz nie ma już co nad tym płakać. Zamykam drzwi, a w moje nozdrza uderza zapach krwi zmieszany z moimi wymiocinami. Obrzydlistwo. Trzeba jak najprędzej zdjąć skórę z truchła, a resztę porzucić na Skrzypiących Mokradłach. Z doświadczenia wiem, że ciała rozkładają się tam bardzo szybko, a nikt o zdrowych zmysłach bez powodu ich nie odwiedza.
- Możemy zjeść jakieś śniadanie? – pyta nieśmiało dwunastolatka.
Wygląda uroczo w mojej starej sukience. Owen przytakuje jej i nawet mruga do niej jednym okiem. Nigdy nie zrozumiem jego motywacji, jego charakteru. Mój brat postanawia zrobić jajecznicę. Jajka i tak nie zachowują świeżości jakoś długo, więc ma to sens. Obserwuję, jak Owen z wprawą zajmuje się posiłkiem i postanawiam zdjąć skórę z martwego wilka, aby się czymś zająć. Lillie natomiast z ogromną uwagą i fascynacją towarzyszy mojemu bratu w przygotowywaniu posiłku. Wychodzę szybko i dyskretnie, aby dziewczynka mnie nie zauważyła, to niewielka przysługa dla Owena. Z załomu w murze wyjmuję swój najostrzejszy nóż, ten którym wykonuję właśnie takie precyzyjne oddzielanie skóry od mięsa. Przenoszę się z truchłem z dala od kałuży moich wymiocin i drobnymi, precyzyjnymi ruchami wykonuję swoją pracę. Ze względu na obrażenia, futro będzie warte mniej, niż mogłoby, ale zapewne i tak zostanie u nas. Kiedy jestem w połowie pracy, wychodzi do mnie Owen. Przykuca przede mną, jak chwilę wcześniej przed Lillie.
- Przypomina mi ciebie – mówi cicho.
Wzruszam ramionami, nie ma to dla mnie żadnego znaczenia. Ona mną nie jest, a ja nie jestem nią, nie mam zamiaru się zmieniać.
- Chodź, bo jedzenie będzie zimne. Później wyniosę resztę na Chwoszczkowe Mokradła. - Wskazuje niemal całkowicie pozbawionego skóry wilka. - Wiem, że dla ciebie odwiedziny tego miejsca to nic przyjemnego, więc ty odprowadzisz Lillie, dobrze?
Potakuję skinieniem i dokonuję ostatniego cięcia. Wstaję, a Owen spogląda mi w oczy i lekko dotyka mojego policzka.
- Zawsze będziesz na pierwszym miejscu. - Całuje mnie w czoło.
Posiłek okazuje się nie tylko sycący, ale również smaczny. Myślę, że jest to spowodowane masłem z Horrendum, które Owen dostał wczoraj od jego ulubionego Łabędzia. Po śniadaniu Lillie zmywa naczynia, a ja upewniam się, że mój brat jest zdolny stanąć dzisiaj do walki. Dezynfekuję zszytą ranę i nakładam maść, która przyspiesza wchłanianie na siniaki i krwiaki. Na koniec upewniam się, że nos na pewno nie jest złamany i przytulam się do niego mocno.
- Nie musisz wygrać. Nie daj się zabić – mówię mu szybkimi ruchami.
Później uśmiecham się do Lillie i gestem pokazuję jej, że musimy już iść. Owen na pożegnanie lekko ją przytula i pstryka w nos. Robił mi tak, kiedy byłam mała, zawsze wtedy na niego psioczyłam. Później Jude też lubił…
- Powodzenia. - Mrugam do Owena i wraz z Lillie wychodzę z domu.
Idziemy w milczeniu, nie najdłuższą, ale też nie najkrótszą drogą. Nie mam zamiaru odpowiadać z upadek dwunastolatki z skał, gdyby ta miała się pośliznąć. Lillie wygląda na szczęśliwą, urok osobisty mojego braciszka przyćmił chyba jej wspomnienia o Tropicielach. Szkoda, że coś tak błahego nie potrafi ukoić moich traum.
Nagle podbiega do mnie Miles, wygląda na przerażonego. Jako brat bliźniak Vincenta powinien, moim zdaniem, być bardziej do niego podobny. Obaj, co prawda, mają różnobarwne tęczówki i ciemne oczy, ale rysy ich twarzy są zupełnie inne. U Milesa mają mniej ostrych krawędzi, przez co chłopak wygląda sympatyczniej. Łapie mnie za nadgarstek. Jego spojrzenie pełne jest przerażenia.
- Ciara, proszę, musisz mi pomóc – mówi błagalnie.
Mam ochotę odpowiedzieć mu, że nic nie muszę, ale chłopak nie zna migowego. Wyrywam więc swój nadgarstek i zakładam dłonie na piersi.
- Błagam. Nic za darmo, zapłacę ci. Po prostu Vince… - Mężczyzna urywa i patrzy na mnie, niemalże ze łzami w oczach.
Proszę Lillie, aby na mnie zaczekała i pozwalam się prowadzić Milesowi. Gdzieś z tyłu głowy czuję lęk, sytuacja może się okazać pułapką, albo z innego powodu może się dla mnie źle skończyć. Moje serce zaczyna przyspieszać, a ja rozważam odwrót, kiedy zauważam Vincenta. Jego ciałem targają konwulsje, wygląda również, jakby się dusił. Próbuję wymyślić cokolwiek, co mogłoby spowodować taki efekt, ale nie mam pomysłu. Miles chyba czyta mi w myślach, ponieważ podaje mi jakby spłaszczone, brązowe nasiona.
- Szedł dziś na walkę i mówił, że tym razem nie może przegrać, a później, jak zwykle… Tylko kawałek, ale tym razem stwierdził, że musi być… Pomożesz mu? Błagam. - Miles szlocha, jak dziecko.
Niestety nawet, gdybym chciała pomóc, nie potrafię. Zaprzeczam więc ruchem głowy, podaję Milesowi nóż i odwracam się. Vincent i tak umrze w ciągu kilku godzin. Dawno nie widziałam, aby ktoś eksperymentował z kulczybą wronim okiem, zbyt łatwo było przesadzić. Niewielka granica dzieliła uzyskanie lepszych wyników na Arenie, od pożegnania się z życiem. Ale wyjaśniało to, dlaczego Vincent tak mocno sponiewierał Owena i prawie go pokonał.
Wracam do Lillie i bez słowa ruszam do wioski. Nie wchodzę do środka, tylko zostawiam dziewczynkę na ścieżce i odchodzę. Widzę tylko, jak Lillie biegnie w kierunku swojego domu, gdzie na powitanie, z wyrazem ulgi na twarzy, wychodzi jej matka. Wracam szybko, tym razem już urwiskiem. Ostrożnie stawiam stopy i zastanawiam się, czy Miles skrócił męki Vincenta, czy nadal patrzył, jak jego brat powoli umiera. Jak widać ich więź nie była wystarczająco silna. W inny wypadku Miles wybiłby Vince’owi ten pomysł z głowy… Być może on był powodem dla, którego… 
Otrząsam się z tych dywagacji, przecież to nie moja sprawa. Jeden rywal mniej dla Owena, lepiej dla nas. Przeciwnik wyeliminował się sam, na własne życzenie. Głupota. Ciekawe skąd miał kulczybę? Czyżby Ginevra wróciła?
Wchodzę do domu, Owen zaraz po pozbyciu się truchła, zapewne poszedł na Arenę. Dziś nie mam ochoty mu tam towarzyszyć. Dzisiaj zaczekam na niego w domu.

***

[Aida] 
Przed wejściem na Arenę czeka na mnie Figaro z kpiącym uśmieszkiem.
- Jeśli uważasz, że ujdzie wam to płazem, to się srogo mylisz – uprzedzam go lodowatym tonem i mijam ostentacyjnie. - Znam drogę.
Aurora stoi mniej więcej tam, gdzie ostatnio. Nawet nie zaszczycam jej spojrzeniem i staję parę metrów dalej. Stosuję się jednak do rad Figara i nie odzywam się do nikogo niepytana. Jestem tak wściekła, że z ledwością udaje mi się skupić na tym, co dzieje się poniżej.
A dzieje się, bo zaplanowane są dzisiaj aż cztery walki mężczyzn i cztery walki kobiet, na zmianę. Chwilę liczę w myślach, zastanawiając się nad słowami Figara i Aurory – skoro każda tura ma dziesięć etapów, a żeby przejść do następnej trzeba wygrać wszystkie poprzednie… Jakim sposobem to da się zorganizować? Przecież to by było…
- ...1024 uczestników pierwszej tury, a zatem 512 walk – podpowiada mi ktoś, stojący pół kroku za mną. - Nie powinnaś myśleć na głos, to niebezpieczne.
Odwracam się gwałtownie i z zaskoczeniem zauważam Hope, która lekko wzrusza ramionami, gdy ją rozpoznaję.
- Co ty tutaj robisz? - pytam, a ona zagryza wargę. Coś ją trapi. - To nie Aurora cię tu zaciągnęła – stwierdzam domyślnie.
Hope nie znosiła, kiedy moja siostra uciekała na drugą stronę Muru równie mocno jak ja, bo tak ja starała się unikać Zamurza ze wszystkich sił. Ja od pewnego czasu, starałam się tutaj nie zapuszczać szczególnie mocno… Jak widać, z odwrotnym skutkiem.
- Przyszłam ze względu na nią – mówi, wskazując głową na ring. Kobieta, która właśnie się na nim pojawiła wydaje mi się znajoma. Po chwili orientuję się, że Figaro mówił o niej, że to faworytka mojej siostry. - Nike. Dobrze jest nosić imię po bogini zwycięstwa, prawda?
- Kim ona jest? - pytam ciekawie.
Hope waha się przez dłuższą chwilę.
- To moja matka. Biologiczna.
Nie dodaje nic więcej, a ja nie wiem, co odpowiedzieć na te słowa. Wiem niby, że wśród niemowląt panuje segregacja – żadne dziecko nie może dorastać po niewłaściwej stronie Muru, w niewłaściwej dzielnicy. Niezależnie od tego, w jakiej rodzinie się urodzi, a działa to w obie strony. Niby wiem…
Ale to i tak szok.
- Wytłumaczę ci ten system, jeśli chcesz – Hope zmienia temat jak gdyby nigdy nic, a na ringu rozpoczyna się walka. - Ogółem Aurora trochę ci to uprościła. System pucharowy rozpoczyna się od ósmego etapu. Wcześniej to takie trochę każdy z każdym. Rozliczanie z etapów każdy ma indywidualne. Walczysz, dopóki nie odpadniesz. Możesz wtedy ponownie wejść do gry, ale zaczynasz od pierwszego etapu, co nie przeszkadza ci w trafieniu na przeciwnika, z którym walczyłeś na przykład na piątym etapie. Dopiero gdy się zbierze ośmioro uczestników na ósmym poziomie organizowane są ćwierćfinały w systemie pucharowym – wyjaśnia mi Hope. - Czasem trwa to dłużej, czasem krócej, ale potem walki planowane są tak, by finał wypadł w piątek. Żeby uniknąć przerw czasem jeszcze przed rozpoczęciem rywalizacji pucharowej zaczyna się następną turę. Jeśli chcesz, możesz wystartować od razu w następnej.
- Skomplikowane – stwierdziłam. - I wygląda na maraton jednej wielkiej jatki.
- Możesz w każdej chwili zrezygnować. - Hope wzrusza ramionami. - Zrobić sobie przerwę albo między turami, albo po odpadnięciu, albo w trakcie, ale wtedy oddajesz walkowerem. No chyba, że po progu bezwzględnym. Ogółem jak już trochę w tym siedzisz, to nie jest to takie trudne… - urywa, jakby orientując się, że powiedziała za dużo.
- Aurora wie? - pytam cicho.
- Nie wie, dlaczego czasem daję się jej tutaj zaciągnąć. - Kręci głową.
- A ona? - Wskazuję kobietę poniżej, która właśnie unosi pięść w geście zwycięstwa.
- Wie, kim jestem, ale nie chcę, by wiedziała, że tutaj bywam – odpowiada cicho Hope. - Raz z nią rozmawiałam i to było… trudne.
- To ktoś całkiem obcy – zauważam.
- Urodziła mnie, mając szesnaście lat. Nie chciała mnie, więc fakt, że okazałam się Parnasem, był dla niej błogosławieństwem. Nie musiała mnie porzucać, sami się o mnie upomnieli. Dla mnie, same korzyści.
Patrząc na to obiektywnie, otrzymanie podwójnie recesywnego genu było przepustką do lepszego życia. W drugą stronę, jeśli w Enklawie trafił wadliwy gen, również był szybko eliminowany, poprzez porzucenie niemowlaka na Zamurzu. Szanse na przeżycie miał nikłe, ale dzięki temu genotyp wciąż się oczyszczał. Naturalna selekcja.
- Jest dobra – zauważam. - Aurora ją lubi.
- I dużo na nią stawia. Dzięki temu dostaje całkiem niezłe wynagrodzenie – stwierdza Hope. - Muszę lecieć. Teraz kolej na facetów, tamten gostek wczoraj wygrał, jest niezły. - Wskazuje głową ciemnowłosego chłopaka, który właśnie wchodzi na ring.
Faktycznie, kojarzę go.
Ale bardziej martwi mnie, że moja siostra całkiem mocno wkręciła się w tę imprezę.
- Życie ci niemiłe? - Dopadam ją chwilę później, mocno łapiąc za ramię. - Od kiedy to sponsorujesz Odrzutków?!
- Od kiedy mogę na tym nieźle zarobić. - Aurora wywraca oczami. - Fi się na tym zna.
- Nie podoba mi się to – zaznaczam stanowczo. - Całe te twoje wycieczki na Zamurze…
- Tak? - przerwała mi ostro Aurora. - A ty to niby lepsza? Teraz się trzymasz z daleka, bo się sparzyłaś, ale tych tabletek nie bierzesz przecież dla zabawy, co? - rzuca mi w twarz.
W tej chwili, jak nigdy mam ochotę zamordować własną siostrę. Gdyby tylko wiedziała…
- To była… wyjątkowa sytuacja i niestety nie wszystko poszło po mojej myśli. Teraz muszę mierzyć się z konsekwencjami, które ty na dodatek wykorzystujesz przeciwko mnie. Co będziesz z tego mieć?
- Pomożesz Figaro w interesach – odpowiada. - Postaw na tego gostka, Owena, to ci wszystko wytłumaczymy.
Podążam za jej spojrzeniem na ring, gdzie chłopak zaczyna się rozgrzewać. Wczoraj postawiłam na niego i mi się opłaciło. Wyciągam z portfela pieniądze i podaje je Figaro, który pojawia się jak zwykle znikąd. Bierze banknoty i znika w tłumie, by po chwili wrócić z jakimś świstkiem papieru. Rozlega się gong i walka rozpoczyna się.
- No? - Zaplatam ręce na piersi. - Co to za układ?
- Mój… znajomy oszukuje przy zakładach, ustawiając walki – zaczyna Figaro, a mnie przypomina się sytuacja ze wczoraj i wściekły Parnas. - Trochę mi to bruździ, więc przydałoby się mieć czarnego konia. Tak na wszelki wypadek.
- Myślicie o tym całym Owenie? - prycham. - Kiepski z niego czarny koń, widać, że jest dobry. A z tego co wiem, cały sens posiadania czarnego konia polega na tym, by nikt się nie zorientował, że ma się asa w rękawie.
- Owszem o Owenie – odpowiada Aurora. - Chcemy, żebyś zaczęła go sponsorować. Stawiać na niego duże kwoty w walce. Opłaci ci się to, zyskasz jego wdzięczność. My nie możemy sobie na to pozwolić, bo jesteśmy tu już trochę znani… - Moja siostra wzrusza ramionami. - Kiedy zyskasz jego zaufanie, namówisz go, żeby czasem z premedytacją… przegrał. Oczywiście, w odpowiednim momencie.
- I oczywiście za pewnym wynagrodzeniem, tak? - dodaję domyślnie. - Chcecie, żebym pomogła wam ustawiać walki? - pytam wściekłym szeptem. - Chyba was rozum opuścił!
- Mój znajomy wie, co robiłaś na Zamurzu, Ai – mówi bardzo cicho Figaro.
Kurwa.
Tylko tego mi jeszcze brakowało. Zaraz cała Enklawa będzie wiedziała, czego panna Aida szukała poza Murem. I że znalazła tam jedynie guza. Dosłownie i w przenośni.
A na dodatek wszyscy podchwycili tę durną ksywkę od Cico!
Biorę oddech dla uspokojenia.
- Dobra. Spróbuję, ale nie obiecuję. Moje umiejętności społeczne są oględnie mówiąc, niskie – zaznaczam stanowczo. - A przy okazji, Figaro, Cicero ma do ciebie interes. Zdaje się, że nielegalny, więc powinno ci się spodobać.
- Synalek pani prezydent przechodzi na ciemną stronę mocy? Uuu… - gwiżdże Fi. - Dobra, się zobaczy. O proszę! - woła, wskazując na arenę, gdzie Owen unosi pięści w geście zwycięstwa. - Jesteś półtora tysiaka do przodu, Ai!
Zamorduję Cico.
- Idź do niego – żąda nagle Aurora. - Pokażę ci, jak się tam dostać.
Zerkam na nią podejrzliwie i uświadamiam sobie, że jej wczorajsza niepewność w poruszaniu się po Arenie była tylko grą, która miała mnie zmylić. Moja siostra czuła się tutaj jak ryba w wodzie, podobnie jak i Figaro.
Nic dobrego nie mogło z tego wyniknąć… ale ja przecież wcale nie byłam lepsza. Choć mną kierowały zupełnie inne pobudki.
Aurora prowadzi mnie schodami na dół, gdzie kłębi się mnóstwo Odrzutków, część z nich liże rany po walce, część do niej się dopiero przygotowują inni, głównie Jaśni i Ciemni, kibicują, dopingują obstawiają, bądź jedynie obserwują.
- Tam jest. - Pokazuje mi nieco osłonięty od wścibskich spojrzeń kąt, gdzie dostrzegam sylwetkę Odrzutka. Pochyla się nad nim jakaś blondynka, a ja marszczę nos, jednak zgodnie z radą siostry podchodzę bliżej.
- ...dwa tysiące, nie będziesz musiał walczyć przez kilka tygodni. Zastanów się, co, ci szkodzi?
- Dopóki ci się nie znudzę.
- Dostaniesz… wypowiedzenie. - Słyszę fragment rozmowy.
Domyślam się, o czym mówi Jasna. Niektórych Odrzutkowie fascynowali do tego stopnia, że traktowali ich niczym tanie prostytutki. Wystarczyło tylko skusić ich jakimś przedmiotem niezbędnej potrzeby, który w Enklawie był tani i łatwo dostępny, a na Zamurzu stawał się towarem deficytowym. Dla mnie jednak zbliżenie się do kogoś takiego było nie do pomyślenia.
- Jesteś obrzydliwa – mówię, stając za plecami Jasnej. Obraca się spłoszona. - Spływaj stąd.
- Tak, proszę pani. Nie wiedziałam, że pani…
- Wręcz przeciwnie. - Mrużę oczy. - Od pięciu sekund powinnaś być już poza zasięgiem mojego wzroku, sio! - Odpędzam ją gestem, a ona szybko znika w tłumie.
Przenoszę wzrok na chłopaka. Pod okiem rośnie mu właśnie sine limo, twarz w ogóle pozostawia wiele do życzenia, jeszcze pewnie nie doszedł do siebie po poprzedniej walce. Nawet nie zwraca na mnie uwagi, zajęty bandażowaniem swojego nadgarstka.
- Jeśli liczysz, że ci podziękuję…
- To ona powinna mi dziękować, że powstrzymałam ją przed splugawieniem się w taki sposób – odpowiadam.
Swoją drogą, świetny sposób, by zyskać jego zaufanie, prawda?
Mówiłam, że mam ujemne zdolności społeczne? Mówiłam. Ale przynajmniej jestem szczera.
- Przyszłaś mnie obrażać? - W końcu unosi głowę. Jego jasne oczy przewiercają mnie na wylot. W połączeniu z jego ciemnymi włosami, na dodatek posklejanych krwią, jest to tak niezwyczajny dla mnie widok, że aż przechodzi mnie dreszcz.
Nie jestem przyzwyczajona do stawania twarzą w twarz z takimi mieszańcami.
- Przyszłam zapytać, kiedy znowu walczysz – odpowiadam. - Drugi raz pod rząd opłaciło mi się stawianie na ciebie, nie chcę przerywać dobrej passy.
- Nie wiem. Na koniec wywieszą grafik na kolejny dzień, muszą się skończyć wszystkie walki – mówi burkliwie. - Możesz sobie sprawdzić.
Mrużę oczy. Jego pogardliwa postawa jest tak odmienna od sposobu, w jaki potraktowała mnie Jasna, że aż wzbudza coś na kształt… fascynacji. Ma czelność odzywać się do mnie w ten sposób i jest przy tym całkowicie bezkarny, bo Arena nie leży w naszej jurysdykcji, rządzi się własnymi prawami.
- Oboje zyskujemy na twoich wygranych, prawda? - zwracam mu uwagę. - Chcę, żebyś wiedział, że zawsze będę na ciebie stawiać… Nie chciałabym, żebyś zawiódł.
- Wszystko co robię, robię żeby przetrwać. Żeby moja rodzina przetrwała – odpowiada, wstając i patrząc mi prosto w oczy. Góruje nade mną nie tylko wzrostem, a ja nie jestem przyzwyczajona do tego, że ktoś patrzy na mnie z góry. - Twoje brudne pieniądze niczego nie zmieniają. - Zdaje się, że to koniec rozmowy, bo przepycha się obok mnie i rusza w nieznanym mi kierunku.
Aurora nie wzięła pod uwagę faktu, że obiekt jej zainteresowania może okazać się nieprzekupny.
Marszczę nos, choć zapach który do mnie dociera, kiedy Odrzutek mnie mija nie jest nieprzyjemny. Pot zmieszany z jakimś mydłem, ale taki… normalny. Lekko naładowany adrenaliną.
- Poczekaj! - wołam za nim, nagle podejmując decyzję. Tutaj nie mamy osłony przed wścibskimi spojrzeniami, ale postanawiam zaryzykować. Sięgam do torebki po dwa banknoty, dwie setki. - Weź to.
Wiem, że to prawie cztery razy więcej niż dostanie za tę walkę. Patrzy na mnie podejrzliwie, ale pieniądze w mojej dłoni zwracają jego uwagę i przyciągają wzrok. Rybka złapała haczyk.
- Za co to? - pyta z dystansem.
- Potraktuj to jako zaliczkę następnego zakładu – odpowiadam. - O ile oczywiście wygrasz.
Liczy w głowie ile musiałabym obstawić, by jego jeden procent równał się kwocie, którą mu teraz daję. Wychodzi... dużo. Zdaję sobie z tego sprawę, ale i tak już dużo ryzykuję. Najwyżej Aurora będzie mnie spłacać do końca życia. No, może roku.
- A jeśli przegram? - pyta, spoglądając na mnie podejrzliwie. Szuka haczyka. I dobrze kombinuje, bo czeka na niego nie tylko haczyk, ale ogromny hak. Jest jednak głęboko ukryty wśród intryg zaplanowanych przez moją siostrę.
- To nie dostaniesz honorarium, a ja stracę mnóstwo pieniędzy i będzie mi przykro. - Robię smutną minę. - Co ci szkodzi? - małpuję Jasną, co powoduje lekki błysk w jego oku. - To prezent, jakich pewnie pełno dostajesz od swoich fanek – dodaję.
- Żadna nie była tak hojna – zauważa, ale wyciąga rękę po pieniądze.
- Bo żadna z nich nie była Lisicą, prawda? - Unoszę brew, z premedytacją używając stosowanego po tej stronie Muru określenia.
Nic nie odpowiada na te słowa, tylko chowa pieniądze do kieszeni i odchodzi. Po paru krokach przystaje jednak i mówi:
- Jeśli myślisz, że mnie kupiłaś, to grubo się mylisz. - Znika w tłumie, nim zdążam coś odpowiedzieć.
To on się grubo się myli sądząc, że mi się to nie uda.
- Jak poszło? - pyta Aurora, gdy tylko docieram na górę.
- Wpadam w to bagno coraz głębiej. Dzięki tobie, siostrzyczko – stwierdzam kwaśno. - A i wisisz mi dwie stówki, które zainwestowałam w ten interes. Jak nie pójdzie po mojej myśli, to będziesz mi wisiała dużo więcej.
- Chyba śnisz – odpowiada z prychnięciem, co oznacza, że mogę pożegnać się ze zwrotem kosztów.
Resztę czasu na Arenie spędzam w milczeniu, nie rozmawiając z nikim. Zastanawiam się, czy ten plan ma w ogóle szansę powodzenia. Nie wiem, czy chcę głębiej wnikać z interesy Figara, ale skoro ten jego znajomy wie o mojej małej tajemnicy, jestem zmuszona zagrać w ich grę. Już przynajmniej wiem, skąd go znam...
Kiedy walki dobiegają końca, zauważam, że Figaro przygląda mi się z odległego kąta balkonu.
- Widzę, że złapałaś bakcyla, Ai.
- A ja widzę, że będziesz mieć później poważne kłopoty – odpowiadam. - Już ja tego dopilnuję.
- Wszyscy będziemy po uszy w kłopotach! - śmieje się, a ja niestety nie mogłam nie przyznać mu racji.
Wlazłam w to bagno z pełną premedytacją i zapadam się coraz bardziej i bardziej. Czy mam jeszcze szansę się z tego wygrzebać?
___________
Z poślizgiem, bo z poślizgiem, ale udało nam się dotrzeć z rozdziałem. Szejm on mi, oczywiście (~Szal). Mamy nadzieję, że się podoba, co złego, to nie my!
Do przeczytania później!
S&S