czwartek, 4 lipca 2019

II


[Aida]
- Zrobię ci makijaż.
Wzdycham ciężko, ale posłusznie zamykam oczy i oddaję się w ręce Aurory. Potrafi wyczyniać cuda z cieniami do powiek, szminką i mascarą. Jeśli o mnie chodzi – wolę malować na papierze, nie na ludziach. Ale co kto lubi.
- I tak pewnie wyjdę po godzinie – mamroczę.
- Jak zwykle – prycha. - Stanie ci się coś, jak się nieco zabawisz?
Otwieram oczy i rzucam jej spojrzenie z ukosa.
- Po prostu nie jestem zainteresowana. Idę tylko dlatego, że…
- Że Cico się zaprosił. Osobiście. - Wyraźnie podkreśla ostatnie słowo. - Gotowe.
Odsuwa się, a ja spoglądam w lustro i aż zatyka mnie z zaskoczenia.
- Coś ty zrobiła!? - wyduszam z siebie.
- Makijaż. Na imprezę. - Aurora wywraca oczami, a ja próbuję przyzwyczaić się do widoku w lustrze.
Mocno pogrubione i wydłużone rzęsy jeszcze bardziej rozjaśniają moje oczy, ciemnozielony i lekko błyszczący cień do powiek sprawia, że włosy wydają się jeszcze bardziej rude, a ciemnoczerwona szminka podkreśla bladość mojej skóry i wyostrza wzór piegów na moim nosie.
Na drugi rzut oka wygląda to nawet znośnie, gdy mija pierwszy szok. Na trzeci – nawet zaczynam się sobie podobać.
A na czwarty stwierdzam nieco nieśmiało, że Zoe może się ugryźć w swój chudy tyłek.
- Zapominasz o tym, że jej tyłek już wcale nie jest taki chudy – odzywa się Aurora, rzucając mi kilka swoich sukienek do przymierzenia.
Cholera. Czyli jednak powiedziałam to na głos?
- Masz coś, co nie błyszczy się jak przynęta na ryby? - pytam sceptycznie, przeglądając jej ciuchy.
- Jeśli szukasz worka pokutnego, to sorry, nie w mojej szafie – odpowiada złośliwie i podsuwa mi srebrzystą sukienkę. - Ta będzie w sam raz. Wkładaj, znajdę ci do tego dobre buty. Na szczęście masz ten sam rozmiar, co ja – wzdycha, nurkując w swojej przepastnej garderobie.
- Na szczęście będę mogła szybko stamtąd zwiać, jeśli nie będzie mi się podobać.
- Na szczęście tego nie zrobisz, bo będziesz bała się mnie zostawić samą – odpowiada, wracając z butami, które o dziwo wcale nie mają wysokiego obcasa. - Przecież wiem, że zabijesz się we wszystkim, co ma więcej niż pięć centymetrów. - Na widok mojej miny, Aurora wywraca oczami i podaje mi baleriny. - Wychodzimy za dziesięć minut, nie wypada się spóźnić.
- Jesteś już dorosła, zostawię cię bez wahania, jeśli przestanie mi się podobać – rzucam jeszcze i wychodzę, by się przebrać.
Zgodnie z przewidywaniem, mimo iż jesteśmy na czas impreza trwa już w najlepsze.
- Ta zołza podała mi złą godzinę! - wścieka się Aurora.
- To nieważne… zresztą Cicero powiedział to samo, pewnie część i tak przyszła wcześniej. Nie marnuj energii na Zoe – wzdycham, przekraczając próg. - Okej, czas udawać, że dobrze się bawię.
- Cała Aida. - Aurora wywraca oczami i natychmiast znika mi z oczu. No tak, darmowe drinki same się nie zlokalizują.
- Siema, Ai! - Czuję lekkie klepnięcie w ramię. - I nie wywracaj oczami, okej? To ponoć niezdrowe.
- Po pierwsze, to bujda – odpowiadam, odwracając się w kierunku Cicera i hamuję odruch wywrócenia oczami w połowie. - A po drugie, tłumaczyłam ci już, że masz do mnie tak nie mówić.
- Bo? - pyta zadziornie, unosząc brew i zerkając na mnie spod ronda swojego nieodłącznego białego kapelusza typu panama.
- Bo nie jestem sztuczną inteligencją. - Mrużę groźnie oczy. - A przede wszystkim: nie życzę sobie tego.
- I od tego należało zacząć, moja droga. Jednak potrafisz być stanowcza i asertywna, jeżeli chcesz. - Uśmiecha się szeroko. - Piwa? - Wyciąga w moim kierunku butelkę.
- A to co niby miało znaczyć? - Zakładam ręce na piersi.
- Nic, liczyłem po prostu, że pokażesz pazurki… teraz wiem, że jakieś w ogóle masz. To piwo jest bezalkoholowe – dodaje, jak gdyby nigdy nic. - Zoe mówiła, że nie pijesz.
- Zoe wie o mnie zaskakująco dużo jak na osobę, która mnie szczerze nie znosi.
- Nie chodzi o ciebie, tylko o twoją siostrę – wyjaśnia Cicero. - Czuje się zagrożona. A gdy czuje się niepewnie – atakuje.
- Myślę, że dużo prościej i szybciej byłoby, gdybyś od razu nazwał ją żmiją – prycham. - I nie myśl sobie, że przez to zapomnę, że przed chwilą sam przyznałeś, że paskudnie ze mną pogrywałeś!
- Przyznaj, że podobało ci się to przezwisko. - Uśmiecha się łobuzersko.
- Ani trochę. - Kręcę głową.
- Okej, wymyślę coś lepszego…
- Pomogę ci. - Klepię go lekko po ramieniu. - Myślę, że najlepsza będzie… Hmm… - Mrużę oczy w udawanym zamyśleniu. - O, wiem! Aida. Ładnie, prawda? - pytam z ironią.
Cicero przygląda mi się przez chwilę w całkowym milczeniu, po czym nagle poprawia kapelusz i wyciąga do mnie rękę.
- Tańczymy.
- Brakuje mi pytającej intonacji w tym zdaniu – odpowiadam sceptycznie.
- Bo to nie było pytanie. - Łapie mnie za nadgarstek z lekko złośliwym uśmiechem i wciąga w roztańczony tłum.
- Ja nie tańczę! - syczę mu prosto do ucha, kiedy przyciąga mnie bliżej siebie.
- Nie? To jak niby nazwiesz to, co teraz robisz? - Unosi pytająco brew, a ja prycham jak wściekła kotka.
Okej, zmieniam zdanie. Cicero może być sobie największym przystojniakiem w całej Enklawie, ale i tak gra mi na nerwach.
...myślę, że dałabym radę to tolerować.
- Przyjście tu było błędem. Zmywam się… gdy tylko łaskawie mnie puścisz.
- Aż tak źle się bawisz? A poza tym – dasz mojej siostrze taką satysfakcję? Chyba właśnie po to się tak wystroiłaś? - Znów mierzy mnie wzorkiem. - Zresztą… bardzo do twarzy ci w tej sukience.
- Podziękuję tylko dlatego, że tak wypada: dzięki – sarkam. - Piosenka się skończyła. Mogę iść?
Cicero wzdycha, ale puszcza moją rękę.
Rzucam mu szybkie spojrzenie przez ramię i zgarniam butelkę bezalkoholowego piwa. Że też Zoe musi wszystko wywęszyć…
- Ty? Pijesz?
Oho, o wilku mowa.
- Twój brat załatwił mi bezalkoholowe. Smak piwa, zero alkoholu. I zero kaca na następny dzień – odpowiadam, uśmiechając się nieszczerze do gospodyni.
- To urocze z jego strony. - Wydyma usta w kolorze krwistej czerwieni. Jej lodowato niebieskie oczy przewiercają mnie na wylot.
Dziwię się, że jeszcze nie dostała angażu w moich koszmarach z tym wzrokiem.
- Jeśli szukasz Aurory…
- Nieee… Nie potrzebuję twojej siostry. Przyszłam tylko cię ostrzec, Ai. - Podchodzi krok bliżej, a ja zaciskam mocniej zęby słysząc to przezwisko. Jeżeli się przyjmie, to z zimną krwią zamorduję Cicero. Serio. - Trzymaj się z dala od mojego brata, jasne?
Wybucham śmiechem prosto w jej twarz.
- Wierz mi, że bym chciała, stał się ostatnio strasznie natrętny. Może jemu to zaproponuj, hm? - sugeruję ze sztucznym uśmiechem. - Bo to on skraca dystans, nie ja.
- Więc może powinnaś się zastanowić, po co to robi. Co będzie z tego mieć? - szepcze Zoe tak cicho, że ledwie jestem w stanie ją usłyszeć.
- Wiesz? - pytam, biorąc się pod boki. - Nie wszyscy ludzie są tacy jak ty, Zoe. Nie wszyscy robią coś tylko dla zysku.
- Och, kochana… Wszyscy tak robimy. Taka już jest nasza ludzka natura. - Uśmiecha się czarująco i poklepuje mnie po ramieniu. - Na zdrowie. - Pstryka palcem w szyjkę mojej butelki. - Długo jeszcze będziesz brać te tabletki?
Odchodzi, nim zdążam wymyślić jakąkolwiek ripostę. Wyję z wściekłości w myślach i próbuje odszukać wzrokiem Aurorę. Mam dość. Ale wbrew temu, co jej powiedziałam przed wyjściem, nie chcę jej zostawiać.
Tylko, gdzie ona, do cholery, jest?

***

[Ciara]
Otwieram oczy i spoglądam w okno. Jasna łuna na niebie sugeruje, że jest jeszcze przed wschodem słońca. Zamykam oczy i ponownie próbuję pogrążyć się we śnie, ale nie przynosi to żadnego skutku. Wzdycham, chociaż jak zwykle jest bezdźwięczne wzdychanie, a następnie wstaję powoli z łóżka. Wyjmuję ze skrzyni krótki top w kolorze lazurowego błękitu i białe, krótkie szorty. Wymieniłam się za nie jakieś dwie wiosny temu. Miałam wtedy nadmiar bardzo pożądanego wyciągu z maku lekarskiego, a na to zawsze znajdą się jacyś chętni… tak, jak na wilczą jagodę, ale akurat belladonną nie handluję, nie chcę mieć nikogo na sumieniu. Chyba, że owoce miałby być przeznaczone dla jakiegoś Lisa, wtedy mogłabym się nad tym zastanowić.
Wchodzę do kuchni, w której nadal panuje lekki półmrok i wyjmuję z szafki, zioła, kwiaty oraz inne surowce, które potrzebuję odpowiedniego przetworzenia. Zabieram również torbę wypełnioną po brzegi szklanymi pojemniczkami różnego kształtu i rozmiaru, oraz innymi niezbędnymi narzędziami. Wychodzę na ławeczkę przed dom, gdzie delikatny brzask daje mi lepsze światło. Zabieram się powoli za tak dobrze znaną mi pracę i wykonuję kolejne czynności niemalże automatycznie. Mimo delikatnego, przyjemnego wiaterku i drobnych kropelek rosy na trawie, już można się spodziewać, że dzień będzie niezwykle upalny. A to oznacza, że będę dziś zmuszona udać się na pole dużo wcześniej, w godzinach, kiedy słońce jeszcze nie dotrze w to miejsce. Zwijam włosy w ciasny węzeł, tuż nad karkiem i zabezpieczam go wstążką. Przy takiej temperaturze, moje długie do pasa włosy, to nie jest najlepsze rozwiązanie.
Nagle zauważam ruch w polu mojego widzenia. Spoglądam w tamtym kierunku i chwilę mrugam, aby upewnić się, że nie jest to urojony widok. Kawałek dalej kuleje niewielka sarna. Przyglądam się jej dłuższą chwilę i upewniam się, że zwierze jest zbyt zmęczone i poranione, aby uciec. Odkładam swoje dotychczasowe zajęcie na później i zabieram nóż. Nie jest tak, że nie mam w takich chwilach dylematu. Jednak w przeciwieństwie do Lisów, którym zdarza się polować w Uroczysku dla rozrywki, chociaż zupełnie nie rozumiem, jak zabijanie może sprawiać przyjemność, ja nie mam wyboru. Litość i głód, albo pozbawienie życia niewinnego stworzenia, ale pełen żołądek. Gdyby nie instynkt przetrwania, zapewne nigdy nie znalazłabym w sobie wystarczającej siły, aby zrobić coś takiego. Wydaje mi się, że jak na Odrzutka jestem słabo zdeprawowana. 
Podchodzę coraz bliżej, a sarna nawet nie drga. Leży w trawie i po jej oczach widzę, że nawet gdybym postanowiła ją oszczędzić, jej minuty są już policzone. Precyzyjnym ruchem skracam jej męki i przez krótką chwilę słyszę tylko głośne bicie mojego serca. Nawet śpiew ptaków przestaje docierać do moich uszu. To moja pierwsza sarna. Wcześniejsze Owen kupował w wiosce, jedną upolował sam, ale dla mnie to zupełnie nowe doświadczenie. W jakimś stopniu podobne do łapania zajęcy na obiad, ale pod innymi aspektami zupełnie różne.
Nagle czuję czyjeś dłonie na moich ramionach, więc odwracam się gwałtownie, wysuwając, ociekający krwią, nóż przed siebie. Owen z głupawym uśmieszkiem wyjmuje mi go z dłoni.
- Co się tak szczerzysz? - Szturcham go w ramię.
- Bo miałaś taką minę, że nie mogłem się powstrzymać. - Poklepuje mnie po głowie. Zupełnie jakbym była małym dzieckiem. - Na dodatek byłaś w jakiś dziwnym transie, bo nie słyszałaś, jak wołam twoje imię.
- Zastanawiałam się, jak ukryć to całe jedzenie, abyś nie zeżarł go od razu. - Szybkimi ruchami dłoni rzucam w niego ripostą.
- Taka wyrodna siostra mi się trafiła – biadoli Owen. - Ja tu poświęcam się na Arenie, a ona żałuje mi jednej małej… - przerywa, kiedy uderzam go w ramię.
Pierwszy szok już minął. Kolejny kamień milowy mojego życia.
- Wszyscy dobrze wiemy, że walki cię kręcą – wytykam mu z udawaną naganą.
Brak zdolności mowy sprawił, że moja mimika i gestykulacja są niezwykle wyraźne i bardziej ekspresywne.
- Dobra, marudo. Idź załatwić swoje sprawy, dziś walki są wieczorem, więc zajmę się tym cudownym zwierzęciem, które wspaniałomyślnie dla nas upolowałaś. - Kłania mi się prześmiewczo.
- A tak, finały – wzdycham bezdźwięcznie. - Może w końcu uda mi się poderwać jakiegoś prawdziwego wojownika… - Tym razem ja jestem zmuszona uciąć, kiedy Owen pstryka mnie w ucho.
Mrużę lekko oczy, aby okazać mu swoje wzburzenie, a później odwracam się gwałtownie na pięcie i wracam do domu. Szybko sprzątam po zajęciu, które wykonywałam, nim sarna zwróciła moją uwagę. W domu pakuję niewielki, płócienny worek, który można nosić jak plecak. Do środka wkładam ceramiczną butelkę na wodę - po Potopie ludzie zupełnie zrezygnowali z plastiku oraz innych tworzyw sztucznych - woreczek z nasionami, który zdobyłam od Vincenta oraz płócienną torbę, na rośliny i zioła, które mogę napotkać podczas wędrówki.
Wychodzę przed dom i chwilę obserwuję brata, który bez większego wysiłku ciągnie moją zdobycz na nasz teren. Drobne kropelki potu na jego czole są jedyną sugestią, że jest to ciężkie zajęcie. W końcu martwe zwierze z całym impetem ląduje przed kamiennym schodkiem, na którym stoję. Unoszę lekko brwi i spoglądam na Owena. Uśmiecha się do mnie głupkowato, a jego jasnobłękitne oczy rozświetlają iskierki.
- Wiesz, że nie zjemy całości, nim zdąży się zepsuć – zauważa.
Potakuję skinieniem głowy.
- Coś mi się wydaje, że trochę zarobimy w wiosce. - Mruga do mnie.
Kręcę głową z lekkim niedowierzaniem. Następnie stopniowo narastająca duchota przypomina mi, że mam jeszcze coś do zrobienia. Spoglądam, mrużąc oczy, w stronę słońca. W końcu całuję Owena w policzek i ruszam przed siebie.
- Uważaj na siebie – prosi mnie jak zwykle… od tamtego dnia.
Posyłam mu tylko uśmiech, który wyraża moją wdzięczność i ruszam dalej.  


***

[Aida]
- Hope? Hope! Widziałaś Aurorę? - pytam, gdy udaje mi się złapać dziewczynę za ramię.
- Była z Figarem koło basenu, a co? - odpowiada zaskoczona.
- Dobrze wiesz, że moja siostra i Figaro to mieszanka wybuchowa. Nie ma ich tam, sprawdzałam przed chwilą – mówię, zagryzając mocno wargę. Aurora oczywiście nie odpisuje na moje wiadomości.
- Myślę, że ta impreza to tylko przykrywka – odzywa się cicho Hope. - Aurora pewnie liczyła, że będziesz zajęta Cicerem lub próbą cichego wymknięcia się stąd, jak zawsze, zresztą, więc będzie mogła zniknąć ci z zasięgu wzroku łatwiej niż zazwyczaj.
- Co masz na myśli? - Spoglądam na nią uważniej.
- Figaro zrobi wszystko, żeby jej zaimponować… A dobrze wie, że ciekawią ją te walki na Zamurzu. Dziś piątek, będą finały.
Klnę pod nosem i odstawiam wypitą do połowy butelkę piwa na pokrywę białego fortepianu.
- Dawno zniknęli? - pytam.
- Myślę, że łatwo ich dogonisz – odpowiada Hope, uciekając wzrokiem.
- Wiedziałaś – mówię z zawodem. - Wiedziałaś, co planuje, a mimo to jej nie powstrzymałaś?
- Nie posłuchałaby mnie. Nie mogłam iść z tym do ciebie… To moja przyjaciółka.
- Tak, tak. Lojalność, czaję. Przysięgi paluszkowe i inne takie. - Wywracam oczami. Po raz kolejny dzisiaj.
A jeśli Cico ma rację i to naprawdę jest niezdrowe?
Odganiam prędko tę myśl i skupiam się ponownie na Hope.
- Byłabyś lepszą przyjaciółką, gdybyś nie pozwalała jej pakować się ciągle w kłopoty. I to wciąż te same. Czy żadna z was nie uczy się na błędach? - prycham.
- Aida. Czy ty miałaś kiedyś kogoś bliskiego? Kogoś, kogo mogłabyś nazwać przyjacielem? - Patrzy na mnie z uwagą, a ja przez chwilę analizuję jej słowa.
- Nie. Od tego mam siostrę. Której zafunduję szlaban do końca roku, jak tylko ją znajdę. Miłej zabawy, Hope – dodaję nieco sarkastycznie i szybko wychodzę z imprezy.
Jeśli Figaro faktycznie zabrał Aurorę na walki, to musieli skorzystać z południowego przejścia na Zamurze, tamtędy jest najbliżej. Nie sądzę, by wzięli sobie do serca moje ostatnie słowa w kwestii przewidywalności ich ruchów.
I, jak zwykle, mam rację.
Dopadam ich tuż za Murem, na granicy pierwszych zabudowań. Ponoć Zamurze ma nawet jakąś nazwę na ten kawałek ziemi, ja jednak potrafię rozróżnić jedynie Arenę. Rzuca się w oczy. To duży, owalny budynek bez okien. W każdym razie te nieliczne, które kiedyś tam istniały zostały zamurowane bezładnie poukładanymi kamieniami zlepionymi gliniastym substytutem zaprawy murarskiej. To zresztą jedyny betonowy budynek na Zamurzu. Mawia się, że to jeden z bunkrów który przetrwał Potop i to stamtąd pochodzi nasza populacja. To w nim Kratz obserwował zachowania ludzkie, które pomogły mu stworzyć teorię, która jest podwaliną znanego mi świata.
Ale – być może to tylko legenda. Dziś Arena jest tylko tym, na co wygląda. Miejscem nielegalnych walk, które są jedyną rozrywką i nieomal jedynym źródłem dochodu po tej stronie Muru.
Mieszkańcy Enklawy zresztą też potrafią się tu wzbogacić.
- Aida. - Aurora wywraca oczami, kiedy ich doganiam. Figaro dyskretnie odsuwa się na bezpieczny dystans. - Miałaś wyrywać Cicero. I wkurwiać Zoe.
- A ty miałaś więcej nie przechodzić przez Mur – odpowiadam lodowatym tonem. - Wracamy do domu.
- Jeśli nie pozwolisz mi iść, to powiem mamie o tabletkach.
Zamieram z wpółotwartymi ustami, zupełnie zaskoczona. Nie spodziewałam się, że Aurora sięgnie po taki argument, to przecież chwyt poniżej pasa!
- Będziesz mnie tym szantażować za każdym razem, gdy będziesz chciała się wymknąć? - cedzę przez zęby.
- Dopóki będą w domu dowody na moje słowa. - Zakłada ręce na piersi. - Możesz iść z nami. Będzie dobra zabawa.
- Tutaj? - pytam z powątpiewaniem, licząc że temat tabletek nie wypłynie ponownie, a przynajmniej, że Aurora choć na chwilę o nich zapomni.
Wbrew pozorom, to nie jest takie najgorsze rozwiązania.
- Sama zobaczysz. - Do rozmowy nagle dołącza się Figaro. - Jak już poczujesz ten klimat, to będziesz wpadać regularnie.
- To jest właśnie coś, czego pragnęłabym uniknąć – mruczę, ale kiwam głową. - Dobra, pod warunkiem, że to ostatni raz…
- ...w tym tygodniu – wchodzi mi w słowo Aurora. - Będę chodzić na cotygodniowe finały, a ty będziesz się mogła truć, bez wiedzy Pen.
Otwieram usta, ale jeszcze szybciej je zamykam i kiwam potakująco głową na zgodę.
Nie wiem, jak wytłumaczyć siostrze, że nie wszystko jest takie, na jakie wygląda.

***

[Ciara]
Dziś kieruję się w stronę wioski, a nie, jak zazwyczaj, Białodrzewiego Gaju. Powoli, bardzo ostrożnie wspinam się po skalistej ścianie. Kilka drobnych kamieni usuwa mi się spod stóp, ale nie pozwalam im mnie rozproszyć.
W końcu, po kilku minutach wspinaczki, wdrapuję się na ubitą ziemię. Siadam na krawędzi, aby odzyskać oddech i jednocześnie obserwuję roztaczający się widok. Piękno krajobrazu psują jedynie nienaturalne, nie pasujące do reszty, zabudowania Horrendum. Rosnąca temperatura powietrza, ponownie ponagla mnie do dalszej wędrówki. Przemierzam drogę przez wioskę, która o tej godzinie jest jeszcze dość ospała, kiedy drogę zabiega mi dwunastoletnia dziewczynka. Ma czerwoną sukienkę na grubych ramiączkach, która sięga jej przed kolana. Jej ciemne, lekko skośne oczy, pilnie mi się przyglądają. Drobny powiew wiatru rozwiewa jej blond włosy i przyjemnie owiewa moją twarz.
- Mogę ci dzisiaj pomóc? - pyta melodyjnym głosem.
Ma na imię Lillie. Poznałam ją pół roku temu i pozwoliłam odciążyć mnie na polu. W zamian za to zapłaciłam jej uczciwie za pracę, którą wykonała. Za pieniądze kupiła sobie i swojej rodzinie jedzenie. Później pozwoliłam znowu, aby mi pomogła. Tym razem kupiła sobie właśnie tę czerwoną sukienkę.
Tylko Lillie może mi pomagać i tylko jej daję za to wynagrodzenie. W końcu przetrwanie jest najważniejsze, prawda? Żadne z dzieci nie wpadło przed nią na pomysł, aby zaproponować mi swoją pomoc, więc dlaczego oni również mieliby korzystać z tego przywileju?
Skinieniem głowy informuję ją, że dziś nie mam nic przeciwko jej obecności. Dziewczynka uśmiecha się promiennie i rusza raźnym krokiem w dobrze znanym nam obu kierunku. Co jakiś czas Lillie wesoło podskakuje, albo zaczyna gonić jakiegoś szukającego pożywienia ptaszka. Dziewczynka emanuję pełnią szczęścia i młodości. Nawet życie w warunkach, które panują poza Horrendum nie jest w stanie tego w niej zabić. Jesteśmy twardsi, niż wydaje się wszystkim wybrańcom Kratza. Ale kto miałby wiedzieć lepiej, jak trudno nas złamać, jeśli nie ja? W końcu umiejętność porozumiewania się nie jest czymś, z brakiem czego tak łatwo funkcjonować.
Lillie czeka na mnie przy jednym z głazów, zjadając jabłko, które zerwała z pobliskiej jabłoni. Z jej brody skapują strużki soku. Jej rodzice nie są z nią spokrewnieni. Dziewczynka urodziła się po drugiej stronie Muru. Ale w Horrendum potraktowali ją jak odpadek i trafiła do Uroczyska. Jedynym sposobem na uratowanie takiego dziecka jest jak najszybsze znalezienie kobiety, która będzie w stanie je wykarmić. Brat Lillie, rodzony syn jej rodziców, miał zaledwie trzy miesiące. Para bez zbędnych oporów zgodziła się przygarnąć Odrzutka zza Muru.
- Owen będzie dzisiaj walczył w finałach? - pyta mnie z nieskrywanym podekscytowaniem.
Duża część młodszych mieszkańców Uroczyska traktuje osoby walczące na Arenie jako swego rodzaju osobistość. Większość zawodników, ma swoich sympatyków zarówno po jednej, jak i drugiej stronie Muru. Arena ma to do siebie, że jest jedynym miejscem, gdzie naprawdę mieszają się oba społeczeństwa. Lisy, Łabędzie i Sokoły nie mają zbytniego wyboru, w końcu są na naszym terenie. Jeśli nie podobają im się zasady panujące na Arenie, nikt nie każe im się tam zjawiać.
Potakuję skinieniem, udzielając tym sposobem odpowiedzi Lillie.
- Będziesz tam dzisiaj, aby kibicować? - zadaje mi kolejne pytanie, odrzucając za siebie ogryzek.
Pokazuję jej gest, którego używam do potwierdzania i po minie dziewczynki wiem, że teraz nie da mi spokoju.
- Zabierzesz mnie ze sobą? - pyta, wpatrując się we mnie błagalnie. - Możemy to potraktować jako zapłatę – proponuje.
Wznoszę oczy ku niebu, a dziewczynka łapie mnie za rękę i nadal wpatruje się z prośbą wypisaną na twarzy. Jeśli zrobię jej tę przysługę inne dzieci będą jej zazdrościć. Wzdycham bezgłośnie.
- Zastanowię się – odpowiadam jej wolną dłonią.
Dziewczynka mruży oczy i chwilę intensywnie myśli.
- To znaczyło, że o tym pomyślisz, prawda? - pyta w końcu, trochę niepewnie.
Potakuję, a Lillie się rozluźnia. Z lekkim uśmiechem znowu mnie wyprzedza. Na szczęście mam jeszcze sporo czasu, aby zdecydować, czy zabiorę dziewczynkę na finały, czy zwyczajnie jej odmówię. Wciągam do płuc zapach ciepłego powietrza wymieszanego z wonią rosnących opodal róż. Lillie podbiega do jednego z krzaków i zrywa mocno czerwony kwiat. Wsuwa nos pomiędzy aksamitne płatki, a później umieszcza różę we włosach, tuż nad lewym uchem. Dziewczynka przystaje kawałek dalej i upewnia się, że nie zgubiłam się po drodze, zupełnie jakby to ona mnie gdzieś prowadziła. Podchodzę do niej i zauważam, co przykuło uwagę Lillie. Dziewczynka szybko się uczy, skoro zauważyła lawendę ukrytą w wysokiej trawie.
- Zbieraj. - Pokazuję jej gestem, a dziewczynka się rozpromienia.
Będzie mogła sprzedać ten przydatny kwiat na targu, albo oddać go mnie, abym uzyskała olejek i wtedy podzielimy się zarobkiem. Przeżycie jest w końcu najważniejsze.
- Jak Owen czuje się przed finałami? - zagaduje mnie dziewczynka, po zerwaniu ostatniego kwiatu.
Na całe szczęście kilka zostało, aby zapewnić jego przetrwanie. Lillie naprawdę szybko się uczy. No cóż, to po prostu kolejny dowód na mylność teorii Kratza, nic więcej.
- Jest podekscytowany – odpowiadam wolniej, niż zazwyczaj.
Dziewczynka dopiero uczy się mnie rozumieć. Przychodzi jej to z lekkim oporem. Nie winię jej, sama miała spore trudności na początku. Mówienie jest dla nas czymś naturalnym, nic dziwnego, że ciężko nam je czymś zastąpić.
- To drugie słowo to "podekscytowany"? - upewnia się dziewczynka.
Jest naprawdę błyskotliwa i chłonna wiedzy. Potakuję skinieniem.
- Ja też jestem – stwierdza z entuzjazmem. - Naprawdę bardzo bym chciała tam pójść i nie powiem nikomu, że ty mnie zabrałaś – zapewnia mnie.
Obie dobrze wiemy, że rzadko przyjmuję kogoś do swego grona, a jeszcze rzadziej przystaję na jego prośby. Jeden taki człowiek już nie żyje i jest jednym z powodów, dla których nie mam w sobie zbyt wiele empatii dla innych. Wtedy trudniej jest się pozbierać, wrócić do tego, co było wcześniej. Bo jak najłatwiej złamać człowieka, jeśli nie…?
Docieramy z Lillie do bramy, którą z wprawą otwieram. Dziewczynka bez słowa zabiera się za podlewanie grządek, które już są obsiane. Ja sięgam po szpadel, aby przekopać wolny pas ziemi i zasadzić w nim nasiona, które zdobyłam od Vince'a. 
Lillie pracuje w ciszy i bardzo dokładnie. Jej włosy zaczynają się delikatnie kręcić pod wpływem upału, który stopniowo się wzmaga. Z wprawą sadzę kolejne nasiona w ziemi, a dziewczynka podlewa również je. Czuję, jak pot skapuje mi z czoła, więc zarządzam krótką przerwę na napicie się wody. Lillie jak zwykle ma swoją, jest przezorna, a to niezwykle istotna cecha. Po chwili wracamy do pracy, którą kończymy po niecałych trzydziestu minutach. 
Bierzemy kolejne kilka łyków wody i postanawiamy wrócić drogą prowadzącą przez Wilcze Stawy. Nazwa pochodzi od kształtu, który obserwowany z Gór przypomina podobno odbicie wilczej łapy. Wcześniej nazywane były Lisimi Stawami, jednak negatywny wydźwięk słowa "lis" przyczynił się do zmiany nazewnictwa. Wychodzimy poza teren ogródka, który pieczołowicie zabezpieczam kłódką. W powietrzu unosi się zapach parującej ziemi, z której słońce wyciska ostatnie krople porannej rosy.
Zauważam ich nagle, stoją zwartą, trzyosobową grupą. Tropiciele, zdrajcy, Odrzutkowie, którzy na usługach Lisów polują na nas. Zauważyli nas, więc nie mamy szansy przekraść się obok inną trasą. Łapię Lillie za nadgarstek i ciągnę w kierunku Białodrzewiego Gaju. Biegniemy szybko, mamy drobną przewagę. Tropiciele orientują się dopiero po kilku uderzeniach serca, że nie będzie z nami tak prosto. Staram się przypomnieć sobie nawigowanie po Gaju w tym kierunku, ale jestem przerażona tak mocno, że nie potrafię się na tym skupić. Szczęśliwym trafem dobiegamy do Białej Doliny. Zeskakuję w biały puch i ciągnę dziewczynkę za sobą. Miękki podłoże podnosi się lekko, a wiatr zwiewa je na naszą dwójkę. Nie zatrzymuję się, mamy idealną przewagę, aby mój plan się udał. Pchana adrenaliną ciągnę Lillie do narożnika doliny, a następnie wpycham ją do znajdującego się tam wejścia do jaskini. Dziewczynka musi je pokonać na kolanach. Rozgląda się jeszcze szybko, ale Tropicieli na razie jedynie słychać, ale na szczęście ich nie widać. Upadam na kolana i przeciskam się do niewielkiego, ciasnego i ciemnego pomieszczenia.
- Gdzie one się podziały? - Głosy Tropicieli są coraz bliżej.
- Zniknęły, czy co, do cholery? - Bliżej, niemalże tuż obok.
Przyciskam dziewczynkę mocniej do siebie. Słyszę głośne bicie naszych serc. Czuję paraliżujący lęk i zaczynam zastanawiać się, czy mam ze sobą jakieś ostrze, którego mogłabym użyć w ostateczności. Lillie jest tak blisko, jakby chciała, abym ją wchłonęła. Drży… chociaż właściwie obie drżymy. Wspomnienia wypływają na powierzchnię, a ja nie mam siły z nimi walczyć… ale głosy się oddalają. Nie oddaję się jednak odruchowi, jakim jest natychmiastowe wyjście z tego ciasnego, dusznego miejsca.
Cierpliwie czekam, aż promienie słońca upewnią mnie, że minęła wystarczająca ilość czasu, że naprawdę jesteśmy bezpieczne. Mija strasznie dużo czasu, Lillie oddycha coraz bardziej miarowo, nie odzywa się, jestem prawie pewna, że najzwyczajniej w świecie zasnęła. Czas strasznie się wlecze, a jedynym sposobem na jego zabicie, jest drzemka. Idę więc w ślady dziewczynki i mimo niewygodnej pozycji, jaką wymusza na mnie jaskinia, przymykam na jakiś czas oczy.
Budzę się, czując na twarzy zabłąkany promień słońca. Ostrożnie budzę Lillie i wyczołguję się z naszego schronienia. Podaję dziewczynce dłoń i pomaga wygramolić się ze środka. Od razu osłania oczy dłonią, kiedy pada na nią intensywne światło. Jej oczy nadal są ogromne, podszyte strachem. Rozglądam się dookoła i staram się podjąć jakąś decyzję. Mogę spróbować przeprowadzić nas przez Białodrzewi Gaj, ale będzie to dość skomplikowany proces, za to na innych drogach możemy spotkać Tropicieli. Wzdycham bezgłośnie i spoglądam na dziewczynkę. Ta sytuacja na pewno odciśnie na niej swoje piętno. Chyba faktycznie jako zapłata zabiorę ją dziś na finały. Najpierw jednak muszę wrócić do domu, do mojego brata, do bezpieczeństwa.
- Chodź. - Pokazuję jej gestem i ujmuję dłoń Lillie.
Prowadzę nas Doliną, powoli, z namysłem. Wypatruję wydeptanych ścieżek w zboczu, ale to nie wystarczy, bo jedyna bezpieczna to ta przy Karłowatej Topoli, która swoim wzrostem nie dorównuje pozostałym z drzew Gaju. Mimo wszystko trudno ją zauważyć w lesie niemalże identycznych drzew. Lillie mocno ściska moją dłoń, teraz już wiem, że raczej się jej nie pozbędę, nawet jeśli bardzo będę chciała. Takie sytuacje zbliżają ludzi… ale nie mnie.
W końcu odnajduję punkt orientacyjny, od którego należy się kierować do Krwawego Dębu, ten na szczęście jest dobrze widoczny z tego miejsca. Prowadzę dziewczynkę w milczeniu. W końcu wychodzimy z Gaju, a ja oddycham z ulgą. Szybciej niż zwykle kieruję się do domu, nadal nie wypuszczając dłoni Lillie ze swojej
Owen unosi na nas zaniepokojone spojrzenie, kiedy wpadamy nagle do domu. Lustruje najpierw mnie, moje ubrudzone ubranie, podrapane kolana i zmierzwione włosy, a później podobnym wzrokiem ocenia dziewczynkę. Jego reakcja jest natychmiastowa. Wstaje gwałtownie i przyciąga nas obie do siebie. Mimo lęku, jaki spotkał dzisiaj Lillie taka bliskość jej idola działa na nią niemalże oszołamiająco.
- Co się stało? - pyta Owen z brodą na czubku mojej głowy.
- Ścigali nas Tropiciele – odpowiada drżącym głosem dziewczyna. - Gdyby nie Ciara… - tutaj urywa i zaczyna szlochać.
Nadmiar emocji dnia dzisiejszego znalazł swoje ujście. Owen, widząc, że nie kwapię się do pocieszania dziewczynki, sam mocniej ją przytula. Moja empatia umarła tamtego dnia, rozłożyła się wraz z ciałami na Mokradłach.
- Już dobrze – uspokaja ją Owen, głaszcząc po plecach. - Myślę, że dzisiejsze finały pomogą ci o tym zapomnieć, co ty na to?
Dziewczynka podnosi na niego spojrzenie szeroko otwartych, ciemnych oczu.
- Naprawdę mogę? - pyta cicho.
Mój brat tylko przytakuje, a później spogląda na mnie zmartwionym wzrokiem. Wie, jak wiele odebrali mi Tropiciele, a zdolność mowy, jest tylko jednym z nich.


***

[Aida]
Przed wejściem do Areny stoi jakiś podejrzany osobnik. To znaczy bardziej podejrzany niż wszyscy pozostali. Podejrzewam, że w środku jest jeszcze gorzej. Figaro mówi nam, żebyśmy zostały nieco z tyłu, podchodzi do niego i zamienia kilka słów. Potem kiwa na nas dłonią, że możemy wejść.
- Zasady jak zawsze - zwraca się do Aurory, a ta kiwa głową. Ja jedynie unoszę wysoko brew, a Fi wywraca oczami. - Nie odzywacie się, nikogo nie zaczepiacie. Jeśli macie pytania kierujecie je do mnie, jak chcecie obstawiać, też to ogarnę. Ogółem, nie gadacie z nikim, kogo nie znacie.
- Czyli zostałeś naszym jedynym partnerem do rozmowy. Fantastycznie – wzdycham.
Wchodzimy do półmroku przedsionka. Zza brudnych szmat imitujących zapewne coś w rodzaju kotary dochodzi głuchy pomruk, jaki mogą wydawać tylko setki zmieszanych ludzkich głosów.
Zerkam kątem oka na Aurorę, ta jednak czuje się tutaj jak u siebie w domu i bez wahania przechodzi za kotarę. Figaro nieco prześmiewczym gestem puszcza mnie przodem, a ja z lekką obawą podążam za siostrą.
Nie powinno mnie tutaj być.
Powietrze jest ciężkie od dymu, zapachu potu, bardzo taniego alkoholu i jeszcze jakiegoś metalicznego zapachu, w którym po chwili rozpoznaję zapach krwi. Mrużę oczy i z zaskoczeniem zauważam, że całkiem sporą część widowni, na której się teraz znajduję stanowią mieszkańcy Enklawy. Jaśni, Ciemni… ale najwięcej zauważam rudych głów. Być może bardziej rzucają się w oczy, ale z drugiej strony, stanowimy niewielki procent społeczeństwa.
Obracam się w poszukiwaniu Aurory bądź Figara, którzy zniknęli mi w tłumie i prawie wpadam na czarnowłosą dziewczynę. Jej oczy są bardzo, bardzo jasne. Jest tak klasycznym przykładem Odrzutka, że aż się wzdrygam ze wstrętem.
- Jesteś ślepa, czy jak? - prycham pogardliwie i omijam ją szerokim łukiem. Jeśli coś odpowiedziała, ja już tego nie usłyszałam.
Doganiam Aurorę, która dotarła do barierki. Jesteśmy jakby na balkonie, właściwa arena jest poniżej, otoczona drucianą klatką. Na dole jest jeszcze większy ścisk. Poniekąd tutaj także panuje segregacja – na dole nie ma praktycznie ludzi z Enklawy, może paru Ciemnych. Tutaj, u góry, to mieszkańcy Zamurza są w mniejszości.
I bardzo dobrze.
Powyżej nas są jeszcze dwa poziomy, ale z tego, co widzę, nie ma tam żadnych widzów. To zapewne jakieś pomieszczenia techniczne.
Impreza albo się jeszcze nie rozpoczęła, albo trwa coś na kształt przerwy. Stan ten zapewne wkrótce ulegnie zmianie, bo na dole zaczyna się jakiś ruch.
- Ktoś mi wytłumaczy, co się tutaj dzieje? - pytam szeptem Aurorę.
- To system turniejowy – wyjaśnia mi Figaro szeptem. - Dziś są finały, a właściwie jeden finał, bo poprzedni już się rozstrzygnął przed przerwą – potwierdza moje domysły.
- Kto wygrał? - pyta z zainteresowaniem Aurora.
- Twoja faworytka, Nike. - Uśmiecha się Fi, wskazując brodą jasnowłosą szczupłą, ale mocno umięśnioną dziewczynę o oczach czarnych jak węgiel. Siedzi nieopodal nas, przykładając lód do policzka.
- Super. Szkoda, że nie obstawiłam – smuci się Aurora, a ja spoglądam na nią ze zgrozą. - Ty powinnaś, Aida. Można jeszcze obstawiać męski finał – zauważa.
- Na kogo niby mam postawić? - prycham.
- Osobiście polecam tego gościa. - Pokazuje ciemnowłosego chłopaka o różnobarwnych tęczówkach. Nie wiem, jakim cudem dostrzegam to wszystko w tych ciemnościach. - To degenerat, jest bardzo… agresywny. Ma duże szanse.
Przyglądam się z uwagą Odrzutkowi. Heterochronia to wada, która świadczy o najwyższym stopniu degeneracji kodu DNA. Obecnie nie da się niżej upaść, to ostatni etap. Degeneraci są nieomal jak zwierzęta. Nic dziwnego, że są idealnymi faworytami w nielegalnych walkach.
Marszczę nos i przenoszę wzrok na drugiego zawodnika. To ciemnowłosy, drobny chłopak o jasnych oczach. Nic szczególnego. Tamten rozgniecie go jak muchę, bez dwóch zdań.
Jednak jestem zła na Figaro, że ściąga moją siostrę na złą drogę i nie mam zamiaru robić niczego, co on uważa za słuszne.
- 200 na tego drugiego. - Podaję mu banknot. - To będą najgorzej wydane pieniądze w moim życiu… - wzdycham.
- Owszem, bo przegrasz z kretesem, złotko. - Fi bierze ode mnie pieniądze i uśmiecha się figlarnie. - Zaraz wracam, moje drogie.
Już żałuję, że się zgodziłam na to wszystko. Aurora ma jednak na mnie niepodważalnego haka, a ja przez najbliższe trzy tygodnie nie mogę zakończyć kuracji.
A jeśli Pen się dowie…
Nim Figaro dociera z powrotem na swoje miejsce, walka się rozpoczyna. Na arenę wychodzą obaj mężczyźni. Według napisu na tablicy pierwszy z nich nazywa się Vince, a drugi Owen. Ciąg cyfr przy ich imionach nic mi nie mówi.
- Co to oznacza? - pytam cicho Aurorę.
- Statystyki. Waga, wzrost, wiek, współczynnik wygranych do przegranych… No i oczywiście stawka, o jaką grają – odpowiada lekceważącym tonem, jakby było to oczywiste.
- Stawka…?
Aurora wywraca oczami.
- Dostają pieniądze za wygraną. Turniej jest podzielony na etapy. Jest dziesięć rund. Mogą zrezygnować w każdej chwili, ale wtedy dostaną tylko pieniądze za ostatnią wygraną walkę. Jest to jeden procent tego, co obstawiono w tej rundzie. Prócz tego są progi bezwzględne – to trzecia i siódma walka. Jeśli na przykład przegra w szóstej walce, to należy mu się to co wygrał w pierwszych trzech, ale dochód z czwartej i piątej przepada. Oczywiście – żeby przejść do następnej rudy, trzeba wygrać poprzednią. W finale wygrany zgarnia całość, plus dostaje dodatkowy procent z zakładów w formie bonifikaty za wygraną.
To wyczerpujące wyjaśnienie zajmuje mnie tak, że nie zauważam początku walki. Degenerat ma wyraźną przewagę nad Odrzutkiem. Mimo to, ten ostatni jeszcze jakoś trzyma się na nogach, choć całą twarz zalała mu krew. Pewnie oberwał w nos – wygląda na złamany.
- Twoje dwie stówki właśnie spływają do rynsztoka… a raczej przyczynią się do wzrostu mojej wygranej – śmieje się Figaro na ten widok.
- Spadaj – prycham. - Jeszcze za to bekniesz…
- ...jak tylko odstawisz tabletki. – Fi zniża głos do szeptu.
A jednak podsłuchiwał! Menda.
- To nie twój zasrany interes – syczę.
- To się jeszcze okaże… O kurwa! - Przenosi szybko wzrok na arenę.
Podążam za jego spojrzeniem – Vince obrywa mocnym ciosem w szczękę, jednak nie pozostaje dłużny przeciwnikowi i uderza go „z byka” w brzuch. To chyba nie jest czyste zagranie…
Choć pewnie i tak tutaj nie ma dobrych i złych ruchów. Jest tylko brutalna jatka.
Jak zwierzęta.
Okłada go jeszcze kilkoma ciosami, sprowadzając do parteru. Z widowni ze strony ciemnowłosego dobiegają przerażone piski. Wytężam wzrok.
Zaraz. Czy to są… fanki?
Tak. Gość ma autentyczny wianuszek wielbicielek, które teraz przez palce spoglądają na tę masakrę na arenie. Ich pupilek długo już nie pociągnie. Co ciekawe, są wśród nich zarówno kobiety z Zamurza, jak i z Enklawy. Głównie Jasne, ale również parę Ciemnych. Widzę nawet jakiś przebłysk rudych włosów, ale może mi się wydawać w tym świetle.
Walka chyba dobiega końca. Chłopak leży już na ziemi, ale nikt nie kończy walki. Widać, że jeszcze dają mu szansę… a raczej pozwalają się temu drugiemu do końca na nim wyżyć. Nagle jednak, Owen podrywa się do góry, gdzieś pomiędzy nogami Vince’a i powala go jednym, ale bardzo celnym ciosem w splot słoneczny. Doprawia kopniakiem w nos, co zapewne jest już czystą zemstą, a ktoś odgwizduje koniec walki.
Tłum zaczyna wiwatować. Tylko gdzieś za moimi plecami słychać gniewne okrzyki. Wysoki Parnas, którego kojarzę z widzenia, ale nie wiem skąd, zaczyna się awanturować. Zdaje się, że po prostu przegrał i bardzo mu się to nie podoba. Ku mojemu zdziwieniu, jego pretensje nie zostają wysłuchane – zostaje po prostu w trybie natychmiastowym wyrzucony za drzwi.
Figaro chyba dostrzega moją zaskoczoną minę, bo wyjaśnia z pobłażliwym uśmiechem.
- Tutaj niestety jesteśmy gośćmi, złotko. Dlatego musimy grać na ich zasadach. - Wzrusza ramionami. - W ogóle nie powinno nas tu być. Właśnie dlatego prosiłem, żebyście się nie odzywały do nikogo poza mną. - Zerka znacząco na Aurorę. Czyżby moja siostra zdążyła się już w coś wpakować?
- Co z moją wygraną? - pytam, by zmienić temat.
- Cóż, o ile się nie mylę, zarobiłaś coś około tysiaka, niezła przebitka, Vince był zdecydowanym faworytem. Będzie na nowe kosmetyki, co? - kpi nieco.
- Na zbyt wiele sobie pozwalasz, Fi. - Wydymam usta i zakładam ręce na piersi. - Odbieramy moją wygraną i spadamy stąd. Dość już dzisiaj zobaczyłam.
Kiedy wychodzę, chowając do kieszeni plik banknotów, rzucam jeszcze ostatnie spojrzenie na zwycięzcę. Jest otoczony swoimi fankami, jednak całą swoją uwagę skupia tylko na jednej z nich. Jego spojrzenie pada na chwile na mnie, jednak prześlizguje się po mojej twarzy bez śladu zainteresowania.
Figaro ma rację – tutaj jesteśmy tylko nieproszonymi gośćmi.

__________
No i udało nam się stworzyć dwójeczkę i - mamy nadzieję - nieco szerzej przedstawić wymyślony przez nas świat. Jak tam? Macie już jakieś ulubione postaci? Przemyślenia? Wnioski? Zażalenia? Teorie spiskowe?
Podzielcie się!
A my postaramy się jak najszybciej podzielić z Wami następnym rozdziałem.
Pozdrawiamy, S&S