[Aida]
- Zrobię ci makijaż.
Wzdycham ciężko, ale posłusznie zamykam oczy i oddaję się w ręce
Aurory. Potrafi wyczyniać cuda z cieniami do powiek, szminką i
mascarą. Jeśli o mnie chodzi – wolę malować na papierze, nie na
ludziach. Ale co kto lubi.
- I tak pewnie wyjdę po godzinie – mamroczę.
- Jak zwykle – prycha. - Stanie ci się coś, jak się nieco
zabawisz?
Otwieram oczy i rzucam jej spojrzenie z ukosa.
- Po prostu nie jestem zainteresowana. Idę tylko dlatego, że…
- Że Cico się zaprosił. Osobiście. - Wyraźnie podkreśla
ostatnie słowo. - Gotowe.
Odsuwa się, a ja spoglądam w lustro i aż zatyka mnie z
zaskoczenia.
- Coś ty zrobiła!? - wyduszam z siebie.
- Makijaż. Na imprezę. - Aurora wywraca oczami, a ja próbuję
przyzwyczaić się do widoku w lustrze.
Mocno pogrubione i wydłużone rzęsy jeszcze bardziej rozjaśniają
moje oczy, ciemnozielony i lekko błyszczący cień do powiek
sprawia, że włosy wydają się jeszcze bardziej rude, a
ciemnoczerwona szminka podkreśla bladość mojej skóry i wyostrza
wzór piegów na moim nosie.
Na drugi rzut oka wygląda to nawet znośnie, gdy mija pierwszy szok.
Na trzeci – nawet zaczynam się sobie podobać.
A na czwarty stwierdzam nieco nieśmiało, że Zoe może się ugryźć
w swój chudy tyłek.
- Zapominasz o tym, że jej tyłek już wcale nie jest taki chudy –
odzywa się Aurora, rzucając mi kilka swoich sukienek do
przymierzenia.
Cholera. Czyli jednak powiedziałam to na głos?
- Masz coś, co nie błyszczy się jak przynęta na ryby? - pytam
sceptycznie, przeglądając jej ciuchy.
- Jeśli szukasz worka pokutnego, to sorry, nie w mojej szafie –
odpowiada złośliwie i podsuwa mi srebrzystą sukienkę. - Ta będzie
w sam raz. Wkładaj, znajdę ci do tego dobre buty. Na szczęście
masz ten sam rozmiar, co ja – wzdycha, nurkując w swojej
przepastnej garderobie.
- Na szczęście będę mogła szybko stamtąd zwiać, jeśli nie
będzie mi się podobać.
- Na szczęście tego nie zrobisz, bo będziesz bała się mnie
zostawić samą – odpowiada, wracając z butami, które o dziwo
wcale nie mają wysokiego obcasa. - Przecież wiem, że zabijesz się
we wszystkim, co ma więcej niż pięć centymetrów. - Na widok
mojej miny, Aurora wywraca oczami i podaje mi baleriny. - Wychodzimy
za dziesięć minut, nie wypada się spóźnić.
- Jesteś już dorosła, zostawię cię bez wahania, jeśli
przestanie mi się podobać – rzucam jeszcze i wychodzę, by się
przebrać.
Zgodnie z przewidywaniem, mimo iż jesteśmy na czas impreza trwa już
w najlepsze.
- Ta zołza podała mi złą godzinę! - wścieka się Aurora.
- To nieważne… zresztą Cicero powiedział to samo, pewnie część
i tak przyszła wcześniej. Nie marnuj energii na Zoe – wzdycham,
przekraczając próg. - Okej, czas udawać, że dobrze się bawię.
- Cała Aida. - Aurora wywraca oczami i natychmiast znika mi z oczu.
No tak, darmowe drinki same się nie zlokalizują.
- Siema, Ai! - Czuję lekkie klepnięcie w ramię. - I nie wywracaj
oczami, okej? To ponoć niezdrowe.
- Po pierwsze, to bujda – odpowiadam, odwracając się w kierunku
Cicera i hamuję odruch wywrócenia oczami w połowie. - A po drugie,
tłumaczyłam ci już, że masz do mnie tak nie mówić.
- Bo? - pyta zadziornie, unosząc brew i zerkając na mnie spod ronda
swojego nieodłącznego białego kapelusza typu panama.
- Bo nie jestem sztuczną inteligencją. - Mrużę groźnie oczy. - A
przede wszystkim: nie życzę sobie tego.
- I od tego należało zacząć, moja droga. Jednak potrafisz być
stanowcza i asertywna, jeżeli chcesz. - Uśmiecha się szeroko. -
Piwa? - Wyciąga w moim kierunku butelkę.
- A to co niby miało znaczyć? - Zakładam ręce na piersi.
- Nic, liczyłem po prostu, że pokażesz pazurki… teraz wiem, że
jakieś w ogóle masz. To piwo jest bezalkoholowe – dodaje, jak
gdyby nigdy nic. - Zoe mówiła, że nie pijesz.
- Zoe wie o mnie zaskakująco dużo jak na osobę, która mnie
szczerze nie znosi.
- Nie chodzi o ciebie, tylko o twoją siostrę – wyjaśnia Cicero.
- Czuje się zagrożona. A gdy czuje się niepewnie – atakuje.
- Myślę, że dużo prościej i szybciej byłoby, gdybyś od razu
nazwał ją żmiją – prycham. - I nie myśl sobie, że przez to
zapomnę, że przed chwilą sam przyznałeś, że paskudnie ze mną
pogrywałeś!
- Przyznaj, że podobało ci się to przezwisko. - Uśmiecha się
łobuzersko.
- Ani trochę. - Kręcę głową.
- Okej, wymyślę coś lepszego…
- Pomogę ci. - Klepię go lekko po ramieniu. - Myślę, że
najlepsza będzie… Hmm… - Mrużę oczy w udawanym zamyśleniu. -
O, wiem! Aida. Ładnie, prawda? - pytam z ironią.
Cicero przygląda mi się przez chwilę w całkowym milczeniu, po
czym nagle poprawia kapelusz i wyciąga do mnie rękę.
- Tańczymy.
- Brakuje mi pytającej intonacji w tym zdaniu – odpowiadam
sceptycznie.
- Bo to nie było pytanie. - Łapie mnie za nadgarstek z lekko
złośliwym uśmiechem i wciąga w roztańczony tłum.
- Ja nie tańczę! - syczę mu prosto do ucha, kiedy przyciąga mnie
bliżej siebie.
- Nie? To jak niby nazwiesz to, co teraz robisz? - Unosi pytająco
brew, a ja prycham jak wściekła kotka.
Okej, zmieniam zdanie. Cicero może być sobie największym
przystojniakiem w całej Enklawie, ale i tak gra mi na nerwach.
...myślę, że dałabym radę to tolerować.
- Przyjście tu było błędem. Zmywam się… gdy tylko łaskawie
mnie puścisz.
- Aż tak źle się bawisz? A poza tym – dasz mojej siostrze taką
satysfakcję? Chyba właśnie po to się tak wystroiłaś? - Znów
mierzy mnie wzorkiem. - Zresztą… bardzo do twarzy ci w tej
sukience.
- Podziękuję tylko dlatego, że tak wypada: dzięki – sarkam. -
Piosenka się skończyła. Mogę iść?
Cicero wzdycha, ale puszcza moją rękę.
Rzucam mu szybkie spojrzenie przez ramię i zgarniam butelkę
bezalkoholowego piwa. Że też Zoe musi wszystko wywęszyć…
- Ty? Pijesz?
Oho, o wilku mowa.
- Twój brat załatwił mi bezalkoholowe. Smak piwa, zero alkoholu. I
zero kaca na następny dzień – odpowiadam, uśmiechając się
nieszczerze do gospodyni.
- To urocze z jego strony. - Wydyma usta w kolorze krwistej
czerwieni. Jej lodowato niebieskie oczy przewiercają mnie na wylot.
Dziwię się, że jeszcze nie dostała angażu w moich koszmarach z
tym wzrokiem.
- Jeśli szukasz Aurory…
- Nieee… Nie potrzebuję twojej siostry. Przyszłam tylko cię
ostrzec, Ai. - Podchodzi krok bliżej, a ja zaciskam mocniej zęby
słysząc to przezwisko. Jeżeli się przyjmie, to z zimną krwią
zamorduję Cicero. Serio. - Trzymaj się z dala od mojego brata,
jasne?
Wybucham śmiechem prosto w jej twarz.
- Wierz mi, że bym chciała, stał się ostatnio strasznie natrętny.
Może jemu to zaproponuj, hm? - sugeruję ze sztucznym uśmiechem. -
Bo to on skraca dystans, nie ja.
- Więc może powinnaś się zastanowić, po co to robi. Co będzie z
tego mieć? - szepcze Zoe tak cicho, że ledwie jestem w stanie ją
usłyszeć.
- Wiesz? - pytam, biorąc się pod boki. - Nie wszyscy ludzie są
tacy jak ty, Zoe. Nie wszyscy robią coś tylko dla zysku.
- Och, kochana… Wszyscy tak robimy. Taka już jest nasza ludzka
natura. - Uśmiecha się czarująco i poklepuje mnie po ramieniu. -
Na zdrowie. - Pstryka palcem w szyjkę mojej butelki. - Długo
jeszcze będziesz brać te tabletki?
Odchodzi, nim zdążam wymyślić jakąkolwiek ripostę. Wyję z
wściekłości w myślach i próbuje odszukać wzrokiem Aurorę. Mam
dość. Ale wbrew temu, co jej powiedziałam przed wyjściem, nie
chcę jej zostawiać.
Tylko, gdzie ona, do cholery, jest?
***
[Ciara]
Otwieram oczy i
spoglądam w okno. Jasna łuna na niebie sugeruje, że jest jeszcze
przed wschodem słońca. Zamykam oczy i ponownie próbuję pogrążyć
się we śnie, ale nie przynosi to żadnego skutku. Wzdycham, chociaż
jak zwykle jest bezdźwięczne wzdychanie, a następnie wstaję powoli
z łóżka. Wyjmuję ze skrzyni krótki top w kolorze lazurowego
błękitu i białe, krótkie szorty. Wymieniłam się za nie jakieś
dwie wiosny temu. Miałam wtedy nadmiar bardzo pożądanego wyciągu
z maku lekarskiego, a na to zawsze znajdą się jacyś chętni…
tak, jak na wilczą jagodę, ale akurat belladonną nie handluję,
nie chcę mieć nikogo na sumieniu. Chyba, że owoce miałby być
przeznaczone dla jakiegoś Lisa, wtedy mogłabym się nad tym
zastanowić.
Wchodzę do kuchni,
w której nadal panuje lekki półmrok i wyjmuję z szafki, zioła,
kwiaty oraz inne surowce, które potrzebuję odpowiedniego
przetworzenia. Zabieram również torbę wypełnioną po brzegi
szklanymi pojemniczkami różnego kształtu i rozmiaru, oraz innymi
niezbędnymi narzędziami. Wychodzę na ławeczkę przed dom, gdzie
delikatny brzask daje mi lepsze światło. Zabieram się powoli za
tak dobrze znaną mi pracę i wykonuję kolejne czynności niemalże
automatycznie. Mimo delikatnego, przyjemnego wiaterku i drobnych
kropelek rosy na trawie, już można się spodziewać, że dzień
będzie niezwykle upalny. A to oznacza, że będę dziś zmuszona
udać się na pole dużo wcześniej, w godzinach, kiedy słońce
jeszcze nie dotrze w to miejsce. Zwijam włosy w ciasny węzeł, tuż
nad karkiem i zabezpieczam go wstążką. Przy takiej temperaturze,
moje długie do pasa włosy, to nie jest najlepsze rozwiązanie.
Nagle zauważam ruch
w polu mojego widzenia. Spoglądam w tamtym kierunku i chwilę
mrugam, aby upewnić się, że nie jest to urojony widok. Kawałek
dalej kuleje niewielka sarna. Przyglądam się jej dłuższą chwilę
i upewniam się, że zwierze jest zbyt zmęczone i poranione, aby
uciec. Odkładam swoje dotychczasowe zajęcie na później i zabieram
nóż. Nie jest tak, że nie mam w takich chwilach dylematu. Jednak w
przeciwieństwie do Lisów, którym zdarza się polować w Uroczysku
dla rozrywki, chociaż zupełnie nie rozumiem, jak zabijanie może
sprawiać przyjemność, ja nie mam wyboru. Litość i głód, albo
pozbawienie życia niewinnego stworzenia, ale pełen żołądek.
Gdyby nie instynkt przetrwania, zapewne nigdy nie znalazłabym w
sobie wystarczającej siły, aby zrobić coś takiego. Wydaje mi się,
że jak na Odrzutka jestem słabo zdeprawowana.
Podchodzę coraz
bliżej, a sarna nawet nie drga. Leży w trawie i po jej oczach
widzę, że nawet gdybym postanowiła ją oszczędzić, jej minuty są
już policzone. Precyzyjnym ruchem skracam jej męki i przez krótką
chwilę słyszę tylko głośne bicie mojego serca. Nawet śpiew
ptaków przestaje docierać do moich uszu. To moja pierwsza sarna.
Wcześniejsze Owen kupował w wiosce, jedną upolował sam, ale dla
mnie to zupełnie nowe doświadczenie. W jakimś stopniu podobne do
łapania zajęcy na obiad, ale pod innymi aspektami zupełnie różne.
Nagle czuję czyjeś
dłonie na moich ramionach, więc odwracam się gwałtownie,
wysuwając, ociekający krwią, nóż przed siebie. Owen z głupawym
uśmieszkiem wyjmuje mi go z dłoni.
- Co się tak
szczerzysz? - Szturcham go w ramię.
- Bo miałaś taką
minę, że nie mogłem się powstrzymać. - Poklepuje mnie po głowie.
Zupełnie jakbym była małym dzieckiem. - Na dodatek byłaś w jakiś
dziwnym transie, bo nie słyszałaś, jak wołam twoje imię.
- Zastanawiałam
się, jak ukryć to całe jedzenie, abyś nie zeżarł go od razu. -
Szybkimi ruchami dłoni rzucam w niego ripostą.
- Taka wyrodna
siostra mi się trafiła – biadoli Owen. - Ja tu poświęcam się
na Arenie, a ona żałuje mi jednej małej… - przerywa, kiedy
uderzam go w ramię.
Pierwszy szok już
minął. Kolejny kamień milowy mojego życia.
- Wszyscy dobrze
wiemy, że walki cię kręcą – wytykam mu z udawaną naganą.
Brak zdolności mowy
sprawił, że moja mimika i gestykulacja są niezwykle wyraźne i
bardziej ekspresywne.
- Dobra, marudo. Idź
załatwić swoje sprawy, dziś walki są wieczorem, więc zajmę się
tym cudownym zwierzęciem, które wspaniałomyślnie dla nas
upolowałaś. - Kłania mi się prześmiewczo.
- A tak, finały –
wzdycham bezdźwięcznie. - Może w końcu uda mi się poderwać
jakiegoś prawdziwego wojownika… - Tym razem ja jestem zmuszona
uciąć, kiedy Owen pstryka mnie w ucho.
Mrużę lekko oczy,
aby okazać mu swoje wzburzenie, a później odwracam się gwałtownie
na pięcie i wracam do domu. Szybko sprzątam po zajęciu, które
wykonywałam, nim sarna zwróciła moją uwagę. W domu pakuję
niewielki, płócienny worek, który można nosić jak plecak. Do
środka wkładam ceramiczną butelkę na wodę - po Potopie ludzie
zupełnie zrezygnowali z plastiku oraz innych tworzyw sztucznych - woreczek z nasionami, który zdobyłam od Vincenta oraz płócienną
torbę, na rośliny i zioła, które mogę napotkać podczas
wędrówki.
Wychodzę przed dom
i chwilę obserwuję brata, który bez większego wysiłku ciągnie
moją zdobycz na nasz teren. Drobne kropelki potu na jego czole są
jedyną sugestią, że jest to ciężkie zajęcie. W końcu martwe
zwierze z całym impetem ląduje przed kamiennym schodkiem, na którym
stoję. Unoszę lekko brwi i spoglądam na Owena. Uśmiecha się do
mnie głupkowato, a jego jasnobłękitne oczy rozświetlają
iskierki.
- Wiesz, że nie
zjemy całości, nim zdąży się zepsuć – zauważa.
Potakuję skinieniem
głowy.
- Coś mi się
wydaje, że trochę zarobimy w wiosce. - Mruga do mnie.
Kręcę głową z
lekkim niedowierzaniem. Następnie stopniowo narastająca duchota
przypomina mi, że mam jeszcze coś do zrobienia. Spoglądam, mrużąc
oczy, w stronę słońca. W końcu całuję Owena w policzek i ruszam
przed siebie.
- Uważaj na siebie
– prosi mnie jak zwykle… od tamtego dnia.
Posyłam mu tylko
uśmiech, który wyraża moją wdzięczność i ruszam dalej.
***
[Aida]
- Hope? Hope! Widziałaś Aurorę? - pytam, gdy udaje mi się złapać
dziewczynę za ramię.
- Była z Figarem koło basenu, a co? - odpowiada zaskoczona.
- Dobrze wiesz, że moja siostra i Figaro to mieszanka wybuchowa. Nie
ma ich tam, sprawdzałam przed chwilą – mówię, zagryzając mocno
wargę. Aurora oczywiście nie odpisuje na moje wiadomości.
- Myślę, że ta impreza to tylko przykrywka – odzywa się cicho
Hope. - Aurora pewnie liczyła, że będziesz zajęta Cicerem lub
próbą cichego wymknięcia się stąd, jak zawsze, zresztą, więc
będzie mogła zniknąć ci z zasięgu wzroku łatwiej niż
zazwyczaj.
- Co masz na myśli? - Spoglądam na nią uważniej.
- Figaro zrobi wszystko, żeby jej zaimponować… A dobrze wie, że
ciekawią ją te walki na Zamurzu. Dziś piątek, będą finały.
Klnę pod nosem i odstawiam wypitą do połowy butelkę piwa na
pokrywę białego fortepianu.
- Dawno zniknęli? - pytam.
- Myślę, że łatwo ich dogonisz – odpowiada Hope, uciekając
wzrokiem.
- Wiedziałaś – mówię z zawodem. - Wiedziałaś, co planuje, a
mimo to jej nie powstrzymałaś?
- Nie posłuchałaby mnie. Nie mogłam iść z tym do ciebie… To
moja przyjaciółka.
- Tak, tak. Lojalność, czaję. Przysięgi paluszkowe i inne takie.
- Wywracam oczami. Po raz kolejny dzisiaj.
A jeśli Cico ma rację i to naprawdę jest niezdrowe?
Odganiam prędko tę myśl i skupiam się ponownie na Hope.
- Byłabyś lepszą przyjaciółką, gdybyś nie pozwalała jej
pakować się ciągle w kłopoty. I to wciąż te same. Czy żadna z
was nie uczy się na błędach? - prycham.
- Aida. Czy ty miałaś kiedyś kogoś bliskiego? Kogoś, kogo
mogłabyś nazwać przyjacielem? - Patrzy na mnie z uwagą, a ja
przez chwilę analizuję jej słowa.
- Nie. Od tego mam siostrę. Której zafunduję szlaban do końca
roku, jak tylko ją znajdę. Miłej zabawy, Hope – dodaję nieco
sarkastycznie i szybko wychodzę z imprezy.
Jeśli Figaro faktycznie zabrał Aurorę na walki, to musieli
skorzystać z południowego przejścia na Zamurze, tamtędy jest
najbliżej. Nie sądzę, by wzięli sobie do serca moje ostatnie
słowa w kwestii przewidywalności ich ruchów.
I, jak zwykle, mam rację.
Dopadam ich tuż za Murem, na granicy pierwszych zabudowań. Ponoć
Zamurze ma nawet jakąś nazwę na ten kawałek ziemi, ja jednak
potrafię rozróżnić jedynie Arenę. Rzuca się w oczy. To duży,
owalny budynek bez okien. W każdym razie te nieliczne, które kiedyś
tam istniały zostały zamurowane bezładnie poukładanymi kamieniami
zlepionymi gliniastym substytutem zaprawy murarskiej. To zresztą
jedyny betonowy budynek na Zamurzu. Mawia się, że to jeden z
bunkrów który przetrwał Potop i to stamtąd pochodzi nasza
populacja. To w nim Kratz obserwował zachowania ludzkie, które
pomogły mu stworzyć teorię, która jest podwaliną znanego mi
świata.
Ale – być może to tylko legenda. Dziś Arena jest tylko tym, na
co wygląda. Miejscem nielegalnych walk, które są jedyną rozrywką
i nieomal jedynym źródłem dochodu po tej stronie Muru.
Mieszkańcy Enklawy zresztą też potrafią się tu wzbogacić.
- Aida. - Aurora wywraca oczami, kiedy ich doganiam. Figaro
dyskretnie odsuwa się na bezpieczny dystans. - Miałaś wyrywać
Cicero. I wkurwiać Zoe.
- A ty miałaś więcej nie przechodzić przez Mur – odpowiadam
lodowatym tonem. - Wracamy do domu.
- Jeśli nie pozwolisz mi iść, to powiem mamie o tabletkach.
Zamieram z wpółotwartymi ustami, zupełnie zaskoczona. Nie
spodziewałam się, że Aurora sięgnie po taki argument, to przecież
chwyt poniżej pasa!
- Będziesz mnie tym szantażować za każdym razem, gdy będziesz
chciała się wymknąć? - cedzę przez zęby.
- Dopóki będą w domu dowody na moje słowa. - Zakłada ręce na
piersi. - Możesz iść z nami. Będzie dobra zabawa.
- Tutaj? - pytam z powątpiewaniem, licząc że temat tabletek nie
wypłynie ponownie, a przynajmniej, że Aurora choć na chwilę o
nich zapomni.
Wbrew pozorom, to nie jest takie najgorsze rozwiązania.
- Sama zobaczysz. - Do rozmowy nagle dołącza się Figaro. - Jak już
poczujesz ten klimat, to będziesz wpadać regularnie.
- To jest właśnie coś, czego pragnęłabym uniknąć – mruczę,
ale kiwam głową. - Dobra, pod warunkiem, że to ostatni raz…
- ...w tym tygodniu – wchodzi mi w słowo Aurora. - Będę chodzić
na cotygodniowe finały, a ty będziesz się mogła truć, bez wiedzy
Pen.
Otwieram usta, ale jeszcze szybciej je zamykam i kiwam potakująco
głową na zgodę.
Nie wiem, jak wytłumaczyć siostrze, że nie wszystko jest takie, na
jakie wygląda.
***
[Ciara]
Dziś kieruję się
w stronę wioski, a nie, jak zazwyczaj, Białodrzewiego Gaju. Powoli,
bardzo ostrożnie wspinam się po skalistej ścianie. Kilka drobnych
kamieni usuwa mi się spod stóp, ale nie pozwalam im mnie
rozproszyć.
W końcu, po kilku
minutach wspinaczki, wdrapuję się na ubitą ziemię. Siadam na
krawędzi, aby odzyskać oddech i jednocześnie obserwuję
roztaczający się widok. Piękno krajobrazu psują jedynie
nienaturalne, nie pasujące do reszty, zabudowania Horrendum. Rosnąca
temperatura powietrza, ponownie ponagla mnie do dalszej wędrówki.
Przemierzam drogę przez wioskę, która o tej godzinie jest jeszcze
dość ospała, kiedy drogę zabiega mi dwunastoletnia dziewczynka.
Ma czerwoną sukienkę na grubych ramiączkach, która sięga jej
przed kolana. Jej ciemne, lekko skośne oczy, pilnie mi się
przyglądają. Drobny powiew wiatru rozwiewa jej blond włosy i
przyjemnie owiewa moją twarz.
- Mogę ci dzisiaj
pomóc? - pyta melodyjnym głosem.
Ma na imię Lillie.
Poznałam ją pół roku temu i pozwoliłam odciążyć mnie na polu.
W zamian za to zapłaciłam jej uczciwie za pracę, którą wykonała.
Za pieniądze kupiła sobie i swojej rodzinie jedzenie. Później
pozwoliłam znowu, aby mi pomogła. Tym razem kupiła sobie właśnie
tę czerwoną sukienkę.
Tylko Lillie może
mi pomagać i tylko jej daję za to wynagrodzenie. W końcu
przetrwanie jest najważniejsze, prawda? Żadne z dzieci nie wpadło
przed nią na pomysł, aby zaproponować mi swoją pomoc, więc
dlaczego oni również mieliby korzystać z tego przywileju?
Skinieniem głowy
informuję ją, że dziś nie mam nic przeciwko jej obecności.
Dziewczynka uśmiecha się promiennie i rusza raźnym krokiem w
dobrze znanym nam obu kierunku. Co jakiś czas Lillie wesoło
podskakuje, albo zaczyna gonić jakiegoś szukającego pożywienia ptaszka. Dziewczynka emanuję pełnią szczęścia i młodości.
Nawet życie w warunkach, które panują poza Horrendum nie jest w
stanie tego w niej zabić. Jesteśmy twardsi, niż wydaje się
wszystkim wybrańcom Kratza. Ale kto miałby wiedzieć lepiej, jak
trudno nas złamać, jeśli nie ja? W końcu umiejętność
porozumiewania się nie jest czymś, z brakiem czego tak łatwo
funkcjonować.
Lillie czeka na
mnie przy jednym z głazów, zjadając jabłko, które zerwała z
pobliskiej jabłoni. Z jej brody skapują strużki soku. Jej rodzice
nie są z nią spokrewnieni. Dziewczynka urodziła się po drugiej
stronie Muru. Ale w Horrendum potraktowali ją jak odpadek i trafiła
do Uroczyska. Jedynym sposobem na uratowanie takiego dziecka jest jak
najszybsze znalezienie kobiety, która będzie w stanie je wykarmić.
Brat Lillie, rodzony syn jej rodziców, miał zaledwie trzy miesiące.
Para bez zbędnych oporów zgodziła się przygarnąć Odrzutka zza
Muru.
- Owen będzie
dzisiaj walczył w finałach? - pyta mnie z nieskrywanym
podekscytowaniem.
Duża część
młodszych mieszkańców Uroczyska traktuje osoby walczące na Arenie
jako swego rodzaju osobistość. Większość zawodników, ma swoich
sympatyków zarówno po jednej, jak i drugiej stronie Muru. Arena ma
to do siebie, że jest jedynym miejscem, gdzie naprawdę mieszają
się oba społeczeństwa. Lisy, Łabędzie i Sokoły nie mają
zbytniego wyboru, w końcu są na naszym terenie. Jeśli nie podobają
im się zasady panujące na Arenie, nikt nie każe im się tam
zjawiać.
Potakuję
skinieniem, udzielając tym sposobem odpowiedzi Lillie.
- Będziesz tam
dzisiaj, aby kibicować? - zadaje mi kolejne pytanie, odrzucając za
siebie ogryzek.
Pokazuję jej gest,
którego używam do potwierdzania i po minie dziewczynki wiem, że
teraz nie da mi spokoju.
- Zabierzesz mnie ze
sobą? - pyta, wpatrując się we mnie błagalnie. - Możemy to
potraktować jako zapłatę – proponuje.
Wznoszę oczy ku
niebu, a dziewczynka łapie mnie za rękę i nadal wpatruje się z
prośbą wypisaną na twarzy. Jeśli zrobię jej tę przysługę inne
dzieci będą jej zazdrościć. Wzdycham bezgłośnie.
- Zastanowię się –
odpowiadam jej wolną dłonią.
Dziewczynka mruży
oczy i chwilę intensywnie myśli.
- To znaczyło, że
o tym pomyślisz, prawda? - pyta w końcu, trochę niepewnie.
Potakuję, a Lillie
się rozluźnia. Z lekkim uśmiechem znowu mnie wyprzedza. Na
szczęście mam jeszcze sporo czasu, aby zdecydować, czy zabiorę
dziewczynkę na finały, czy zwyczajnie jej odmówię. Wciągam do
płuc zapach ciepłego powietrza wymieszanego z wonią rosnących
opodal róż. Lillie podbiega do jednego z krzaków i zrywa mocno
czerwony kwiat. Wsuwa nos pomiędzy aksamitne płatki, a później
umieszcza różę we włosach, tuż nad lewym uchem. Dziewczynka
przystaje kawałek dalej i upewnia się, że nie zgubiłam się po
drodze, zupełnie jakby to ona mnie gdzieś prowadziła. Podchodzę
do niej i zauważam, co przykuło uwagę Lillie. Dziewczynka szybko
się uczy, skoro zauważyła lawendę ukrytą w wysokiej trawie.
- Zbieraj. -
Pokazuję jej gestem, a dziewczynka się rozpromienia.
Będzie mogła
sprzedać ten przydatny kwiat na targu, albo oddać go mnie, abym
uzyskała olejek i wtedy podzielimy się zarobkiem. Przeżycie jest w
końcu najważniejsze.
- Jak Owen czuje się
przed finałami? - zagaduje mnie dziewczynka, po zerwaniu ostatniego
kwiatu.
Na całe szczęście
kilka zostało, aby zapewnić jego przetrwanie. Lillie naprawdę
szybko się uczy. No cóż, to po prostu kolejny dowód na mylność
teorii Kratza, nic więcej.
- Jest
podekscytowany – odpowiadam wolniej, niż zazwyczaj.
Dziewczynka dopiero
uczy się mnie rozumieć. Przychodzi jej to z lekkim oporem. Nie
winię jej, sama miała spore trudności na początku. Mówienie jest
dla nas czymś naturalnym, nic dziwnego, że ciężko nam je czymś
zastąpić.
- To drugie słowo
to "podekscytowany"? - upewnia się dziewczynka.
Jest naprawdę
błyskotliwa i chłonna wiedzy. Potakuję skinieniem.
- Ja też jestem –
stwierdza z entuzjazmem. - Naprawdę bardzo bym chciała tam pójść
i nie powiem nikomu, że ty mnie zabrałaś – zapewnia mnie.
Obie dobrze wiemy,
że rzadko przyjmuję kogoś do swego grona, a jeszcze rzadziej
przystaję na jego prośby. Jeden taki człowiek już nie żyje i
jest jednym z powodów, dla których nie mam w sobie zbyt wiele
empatii dla innych. Wtedy trudniej jest się pozbierać, wrócić do
tego, co było wcześniej. Bo jak najłatwiej złamać człowieka,
jeśli nie…?
Docieramy z Lillie
do bramy, którą z wprawą otwieram. Dziewczynka bez słowa zabiera
się za podlewanie grządek, które już są obsiane. Ja sięgam po
szpadel, aby przekopać wolny pas ziemi i zasadzić w nim nasiona,
które zdobyłam od Vince'a.
Lillie pracuje w ciszy i bardzo dokładnie.
Jej włosy zaczynają się delikatnie kręcić pod wpływem upału,
który stopniowo się wzmaga. Z wprawą sadzę kolejne nasiona w
ziemi, a dziewczynka podlewa również je. Czuję, jak pot skapuje mi
z czoła, więc zarządzam krótką przerwę na napicie się wody.
Lillie jak zwykle ma swoją, jest przezorna, a to niezwykle istotna
cecha. Po chwili wracamy do pracy, którą kończymy po niecałych
trzydziestu minutach.
Bierzemy kolejne kilka łyków wody i
postanawiamy wrócić drogą prowadzącą przez Wilcze Stawy. Nazwa
pochodzi od kształtu, który obserwowany z Gór przypomina podobno
odbicie wilczej łapy. Wcześniej nazywane były Lisimi Stawami,
jednak negatywny wydźwięk słowa "lis" przyczynił się do zmiany
nazewnictwa. Wychodzimy poza teren ogródka, który pieczołowicie
zabezpieczam kłódką. W powietrzu unosi się zapach parującej
ziemi, z której słońce wyciska ostatnie krople porannej rosy.
Zauważam
ich nagle, stoją zwartą, trzyosobową grupą. Tropiciele, zdrajcy,
Odrzutkowie, którzy na usługach Lisów polują na nas. Zauważyli
nas, więc nie mamy szansy przekraść się obok inną trasą. Łapię
Lillie za nadgarstek i ciągnę w kierunku Białodrzewiego Gaju.
Biegniemy szybko, mamy drobną przewagę. Tropiciele orientują się
dopiero po kilku uderzeniach serca, że nie będzie z nami tak
prosto. Staram się przypomnieć sobie nawigowanie po Gaju w tym
kierunku, ale jestem przerażona tak mocno, że nie potrafię się na
tym skupić. Szczęśliwym trafem dobiegamy do Białej Doliny.
Zeskakuję w biały puch i ciągnę dziewczynkę za sobą. Miękki
podłoże podnosi się lekko, a wiatr zwiewa je na naszą dwójkę.
Nie zatrzymuję się, mamy idealną przewagę, aby mój plan się
udał. Pchana adrenaliną ciągnę Lillie do narożnika doliny, a
następnie wpycham ją do znajdującego się tam wejścia do jaskini.
Dziewczynka musi je pokonać na kolanach. Rozgląda się jeszcze
szybko, ale Tropicieli na razie jedynie słychać, ale na szczęście
ich nie widać. Upadam na kolana i przeciskam się do niewielkiego,
ciasnego i ciemnego pomieszczenia.
- Gdzie
one się podziały? - Głosy Tropicieli są coraz bliżej.
-
Zniknęły, czy co, do cholery? - Bliżej, niemalże tuż obok.
Przyciskam
dziewczynkę mocniej do siebie. Słyszę głośne bicie naszych serc.
Czuję paraliżujący lęk i zaczynam zastanawiać się, czy mam ze
sobą jakieś ostrze, którego mogłabym użyć w ostateczności.
Lillie jest tak blisko, jakby chciała, abym ją wchłonęła. Drży…
chociaż właściwie obie drżymy. Wspomnienia wypływają na
powierzchnię, a ja nie mam siły z nimi walczyć… ale głosy się
oddalają. Nie
oddaję się jednak odruchowi, jakim jest natychmiastowe wyjście z
tego ciasnego, dusznego miejsca.
Cierpliwie czekam, aż promienie
słońca upewnią mnie, że minęła wystarczająca ilość czasu, że
naprawdę jesteśmy bezpieczne. Mija strasznie dużo czasu, Lillie
oddycha coraz bardziej miarowo, nie odzywa się, jestem prawie pewna,
że najzwyczajniej w świecie zasnęła. Czas strasznie się wlecze,
a jedynym sposobem na jego zabicie, jest drzemka. Idę więc w ślady
dziewczynki i mimo niewygodnej pozycji, jaką wymusza na mnie
jaskinia, przymykam na jakiś czas oczy.
Budzę
się, czując na twarzy zabłąkany promień słońca. Ostrożnie
budzę Lillie i wyczołguję się z naszego schronienia. Podaję
dziewczynce dłoń i pomaga wygramolić się ze środka. Od razu
osłania oczy dłonią, kiedy pada na nią intensywne światło. Jej
oczy nadal są ogromne, podszyte strachem. Rozglądam się dookoła i
staram się podjąć jakąś decyzję. Mogę spróbować
przeprowadzić nas przez Białodrzewi Gaj, ale będzie to dość
skomplikowany proces, za to na innych drogach możemy spotkać
Tropicieli. Wzdycham bezgłośnie i spoglądam na dziewczynkę. Ta
sytuacja na pewno odciśnie na niej swoje piętno. Chyba faktycznie
jako zapłata zabiorę ją dziś na finały. Najpierw jednak muszę
wrócić do domu, do mojego brata, do bezpieczeństwa.
-
Chodź. - Pokazuję jej gestem i ujmuję dłoń Lillie.
Prowadzę
nas Doliną, powoli, z namysłem. Wypatruję wydeptanych ścieżek w
zboczu, ale to nie wystarczy, bo jedyna bezpieczna to ta przy
Karłowatej Topoli, która swoim wzrostem nie dorównuje pozostałym
z drzew Gaju. Mimo wszystko trudno ją zauważyć w lesie niemalże
identycznych drzew. Lillie mocno ściska moją dłoń, teraz już
wiem, że raczej się jej nie pozbędę, nawet jeśli bardzo będę
chciała. Takie sytuacje zbliżają ludzi… ale nie mnie.
W końcu
odnajduję punkt orientacyjny, od którego należy się kierować do
Krwawego Dębu, ten na szczęście jest dobrze widoczny z tego
miejsca. Prowadzę dziewczynkę w milczeniu. W końcu wychodzimy z
Gaju, a ja oddycham z ulgą. Szybciej niż zwykle kieruję się do
domu, nadal nie wypuszczając dłoni Lillie ze swojej
Owen
unosi na nas zaniepokojone spojrzenie, kiedy wpadamy nagle do domu.
Lustruje najpierw mnie, moje ubrudzone ubranie, podrapane kolana i
zmierzwione włosy, a później podobnym wzrokiem ocenia dziewczynkę.
Jego reakcja jest natychmiastowa. Wstaje gwałtownie i przyciąga nas
obie do siebie. Mimo lęku, jaki spotkał dzisiaj Lillie taka
bliskość jej idola działa na nią niemalże oszołamiająco.
- Co
się stało? - pyta Owen z brodą na czubku mojej głowy.
-
Ścigali nas Tropiciele – odpowiada drżącym głosem dziewczyna. -
Gdyby nie Ciara… - tutaj urywa i zaczyna szlochać.
Nadmiar
emocji dnia dzisiejszego znalazł swoje ujście. Owen, widząc, że
nie kwapię się do pocieszania dziewczynki, sam mocniej ją
przytula. Moja empatia umarła tamtego dnia, rozłożyła się wraz z
ciałami na Mokradłach.
- Już
dobrze – uspokaja ją Owen, głaszcząc po plecach. - Myślę, że
dzisiejsze finały pomogą ci o tym zapomnieć, co ty na to?
Dziewczynka
podnosi na niego spojrzenie szeroko otwartych, ciemnych oczu.
-
Naprawdę mogę? - pyta cicho.
Mój
brat tylko przytakuje, a później spogląda na mnie zmartwionym
wzrokiem. Wie, jak wiele odebrali mi Tropiciele, a zdolność mowy,
jest tylko jednym z nich.
***
[Aida]
Przed wejściem do Areny stoi jakiś podejrzany osobnik. To znaczy
bardziej podejrzany niż wszyscy pozostali. Podejrzewam, że w środku
jest jeszcze gorzej. Figaro mówi nam, żebyśmy zostały nieco z
tyłu, podchodzi do niego i zamienia kilka słów. Potem kiwa na nas
dłonią, że możemy wejść.
- Zasady jak zawsze - zwraca się do Aurory, a ta kiwa głową. Ja
jedynie unoszę wysoko brew, a Fi wywraca oczami. - Nie odzywacie
się, nikogo nie zaczepiacie. Jeśli macie pytania kierujecie je do
mnie, jak chcecie obstawiać, też to ogarnę. Ogółem, nie gadacie
z nikim, kogo nie znacie.
- Czyli zostałeś naszym jedynym partnerem do rozmowy. Fantastycznie
– wzdycham.
Wchodzimy do półmroku przedsionka. Zza brudnych szmat imitujących
zapewne coś w rodzaju kotary dochodzi głuchy pomruk, jaki mogą
wydawać tylko setki zmieszanych ludzkich głosów.
Zerkam kątem oka na Aurorę, ta jednak czuje się tutaj jak u siebie
w domu i bez wahania przechodzi za kotarę. Figaro nieco
prześmiewczym gestem puszcza mnie przodem, a ja z lekką obawą
podążam za siostrą.
Nie powinno mnie tutaj być.
Powietrze jest ciężkie od dymu, zapachu potu, bardzo taniego
alkoholu i jeszcze jakiegoś metalicznego zapachu, w którym po
chwili rozpoznaję zapach krwi. Mrużę oczy i z zaskoczeniem
zauważam, że całkiem sporą część widowni, na której się
teraz znajduję stanowią mieszkańcy Enklawy. Jaśni, Ciemni… ale
najwięcej zauważam rudych głów. Być może bardziej rzucają się
w oczy, ale z drugiej strony, stanowimy niewielki procent
społeczeństwa.
Obracam się w poszukiwaniu Aurory bądź Figara, którzy zniknęli
mi w tłumie i prawie wpadam na czarnowłosą dziewczynę. Jej oczy
są bardzo, bardzo jasne. Jest tak klasycznym przykładem Odrzutka,
że aż się wzdrygam ze wstrętem.
- Jesteś ślepa, czy jak? - prycham pogardliwie i omijam ją
szerokim łukiem. Jeśli coś odpowiedziała, ja już tego nie
usłyszałam.
Doganiam Aurorę, która dotarła do barierki. Jesteśmy jakby na
balkonie, właściwa arena jest poniżej, otoczona drucianą klatką.
Na dole jest jeszcze większy ścisk. Poniekąd tutaj także panuje
segregacja – na dole nie ma praktycznie ludzi z Enklawy, może paru
Ciemnych. Tutaj, u góry, to mieszkańcy Zamurza są w mniejszości.
I bardzo dobrze.
Powyżej nas są jeszcze dwa poziomy, ale z tego, co widzę, nie ma
tam żadnych widzów. To zapewne jakieś pomieszczenia techniczne.
Impreza albo się jeszcze nie rozpoczęła, albo trwa coś na kształt
przerwy. Stan ten zapewne wkrótce ulegnie zmianie, bo na dole
zaczyna się jakiś ruch.
- Ktoś mi wytłumaczy, co się tutaj dzieje? - pytam szeptem Aurorę.
- To system turniejowy – wyjaśnia mi Figaro szeptem. - Dziś są
finały, a właściwie jeden finał, bo poprzedni już się
rozstrzygnął przed przerwą – potwierdza moje domysły.
- Kto wygrał? - pyta z zainteresowaniem Aurora.
- Twoja faworytka, Nike. - Uśmiecha się Fi, wskazując brodą
jasnowłosą szczupłą, ale mocno umięśnioną dziewczynę o oczach
czarnych jak węgiel. Siedzi nieopodal nas, przykładając lód do
policzka.
- Super. Szkoda, że nie obstawiłam – smuci się Aurora, a ja
spoglądam na nią ze zgrozą. - Ty powinnaś, Aida. Można jeszcze
obstawiać męski finał – zauważa.
- Na kogo niby mam postawić? - prycham.
- Osobiście polecam tego gościa. - Pokazuje ciemnowłosego chłopaka
o różnobarwnych tęczówkach. Nie wiem, jakim cudem dostrzegam to
wszystko w tych ciemnościach. - To degenerat, jest bardzo…
agresywny. Ma duże szanse.
Przyglądam się z uwagą Odrzutkowi. Heterochronia to wada, która
świadczy o najwyższym stopniu degeneracji kodu DNA. Obecnie nie da
się niżej upaść, to ostatni etap. Degeneraci są nieomal jak
zwierzęta. Nic dziwnego, że są idealnymi faworytami w nielegalnych
walkach.
Marszczę nos i przenoszę wzrok na drugiego zawodnika. To
ciemnowłosy, drobny chłopak o jasnych oczach. Nic szczególnego.
Tamten rozgniecie go jak muchę, bez dwóch zdań.
Jednak jestem zła na Figaro, że ściąga moją siostrę na złą
drogę i nie mam zamiaru robić niczego, co on uważa za słuszne.
- 200 na tego drugiego. - Podaję mu banknot. - To będą najgorzej
wydane pieniądze w moim życiu… - wzdycham.
- Owszem, bo przegrasz z kretesem, złotko. - Fi bierze ode mnie
pieniądze i uśmiecha się figlarnie. - Zaraz wracam, moje drogie.
Już żałuję, że się zgodziłam na to wszystko. Aurora ma jednak
na mnie niepodważalnego haka, a ja przez najbliższe trzy tygodnie
nie mogę zakończyć kuracji.
A jeśli Pen się dowie…
Nim Figaro dociera z powrotem na swoje miejsce, walka się
rozpoczyna. Na arenę wychodzą obaj mężczyźni. Według napisu na
tablicy pierwszy z nich nazywa się Vince, a drugi Owen. Ciąg cyfr
przy ich imionach nic mi nie mówi.
- Co to oznacza? - pytam cicho Aurorę.
- Statystyki. Waga, wzrost, wiek, współczynnik wygranych do
przegranych… No i oczywiście stawka, o jaką grają – odpowiada
lekceważącym tonem, jakby było to oczywiste.
- Stawka…?
Aurora wywraca oczami.
- Dostają pieniądze za wygraną. Turniej jest podzielony na etapy.
Jest dziesięć rund. Mogą zrezygnować w każdej chwili, ale wtedy
dostaną tylko pieniądze za ostatnią wygraną walkę. Jest to jeden
procent tego, co obstawiono w tej rundzie. Prócz tego są progi
bezwzględne – to trzecia i siódma walka. Jeśli na przykład
przegra w szóstej walce, to należy mu się to co wygrał w pierwszych trzech, ale dochód z czwartej i piątej przepada. Oczywiście –
żeby przejść do następnej rudy, trzeba wygrać poprzednią. W
finale wygrany zgarnia całość, plus dostaje dodatkowy procent
z zakładów w formie bonifikaty za wygraną.
To wyczerpujące wyjaśnienie zajmuje mnie tak, że nie zauważam
początku walki. Degenerat ma wyraźną przewagę nad Odrzutkiem.
Mimo to, ten ostatni jeszcze jakoś trzyma się na nogach, choć całą
twarz zalała mu krew. Pewnie oberwał w nos – wygląda na złamany.
- Twoje dwie stówki właśnie spływają do rynsztoka… a raczej
przyczynią się do wzrostu mojej wygranej – śmieje się Figaro na
ten widok.
- Spadaj – prycham. - Jeszcze za to bekniesz…
- ...jak tylko odstawisz tabletki. – Fi zniża głos do szeptu.
A jednak podsłuchiwał! Menda.
- To nie twój zasrany interes – syczę.
- To się jeszcze okaże… O kurwa! - Przenosi szybko wzrok na
arenę.
Podążam za jego spojrzeniem – Vince obrywa mocnym ciosem w
szczękę, jednak nie pozostaje dłużny przeciwnikowi i uderza go „z
byka” w brzuch. To chyba nie jest czyste zagranie…
Choć pewnie i tak tutaj nie ma dobrych i złych ruchów. Jest tylko
brutalna jatka.
Jak zwierzęta.
Okłada go jeszcze kilkoma ciosami, sprowadzając do parteru. Z widowni ze strony ciemnowłosego dobiegają przerażone piski. Wytężam wzrok.
Zaraz. Czy to są… fanki?
Tak. Gość ma autentyczny wianuszek wielbicielek, które teraz przez
palce spoglądają na tę masakrę na arenie. Ich pupilek długo już
nie pociągnie. Co ciekawe, są wśród nich zarówno kobiety z
Zamurza, jak i z Enklawy. Głównie Jasne, ale również parę
Ciemnych. Widzę nawet jakiś przebłysk rudych włosów, ale może
mi się wydawać w tym świetle.
Walka chyba dobiega końca. Chłopak leży już na ziemi, ale nikt
nie kończy walki. Widać, że jeszcze dają mu szansę… a raczej
pozwalają się temu drugiemu do końca na nim wyżyć. Nagle jednak,
Owen podrywa się do góry, gdzieś pomiędzy nogami Vince’a i
powala go jednym, ale bardzo celnym ciosem w splot słoneczny.
Doprawia kopniakiem w nos, co zapewne jest już czystą zemstą, a
ktoś odgwizduje koniec walki.
Tłum zaczyna wiwatować. Tylko gdzieś za moimi plecami słychać
gniewne okrzyki. Wysoki Parnas, którego kojarzę z widzenia, ale nie
wiem skąd, zaczyna się awanturować. Zdaje się, że po prostu
przegrał i bardzo mu się to nie podoba. Ku mojemu zdziwieniu, jego
pretensje nie zostają wysłuchane – zostaje po prostu w trybie
natychmiastowym wyrzucony za drzwi.
Figaro chyba dostrzega moją zaskoczoną minę, bo wyjaśnia z
pobłażliwym uśmiechem.
- Tutaj niestety jesteśmy gośćmi, złotko. Dlatego musimy grać na
ich zasadach. - Wzrusza ramionami. - W ogóle nie powinno nas tu być.
Właśnie dlatego prosiłem, żebyście się nie odzywały do nikogo
poza mną. - Zerka znacząco na Aurorę. Czyżby moja siostra zdążyła
się już w coś wpakować?
- Co z moją wygraną? - pytam, by zmienić temat.
- Cóż, o ile się nie mylę, zarobiłaś coś około tysiaka, niezła
przebitka, Vince był zdecydowanym faworytem. Będzie na nowe
kosmetyki, co? - kpi nieco.
- Na zbyt wiele sobie pozwalasz, Fi. - Wydymam usta i zakładam ręce
na piersi. - Odbieramy moją wygraną i spadamy stąd. Dość już
dzisiaj zobaczyłam.
Kiedy wychodzę, chowając do kieszeni plik banknotów, rzucam
jeszcze ostatnie spojrzenie na zwycięzcę. Jest otoczony swoimi
fankami, jednak całą swoją uwagę skupia tylko na jednej z nich.
Jego spojrzenie pada na chwile na mnie, jednak prześlizguje się po
mojej twarzy bez śladu zainteresowania.
Figaro ma rację – tutaj jesteśmy tylko nieproszonymi gośćmi.
__________
No i udało nam się stworzyć dwójeczkę i - mamy nadzieję - nieco szerzej przedstawić wymyślony przez nas świat. Jak tam? Macie już jakieś ulubione postaci? Przemyślenia? Wnioski? Zażalenia? Teorie spiskowe?
Podzielcie się!
A my postaramy się jak najszybciej podzielić z Wami następnym rozdziałem.
Pozdrawiamy, S&S