[Aida]
Dźwięk
skrzypiec wibruje w pomieszczeniu jeszcze przez długie sekundy,
choć smyczek nie dotyka już strun delikatnego instrumentu. Biorę
głęboki oddech i zerkam na zegarek. Moje okienko powoli się
kończy, muszę wracać na zajęcia. Teraz czekają mnie dwie godziny
historii, a potem kolejne dwie godziny treningu na basenie.
Chowam
skrzypce do pokrowca, odrzucam warkocz na plecy i zarzucam torbę na
ramię. W drzwiach sali muzycznej stoi już Aurora, która posyła mi
krzywy uśmiech.
-
Nie możesz jak normalni ludzie wykorzystać wolnej godziny na, bo ja
wiem? Plotki? Drugie śniadanie? Dobrą zabawę? - pyta, nawijając
na palec pasmo swoich rudych, lekko kręconych włosów, a w jej
szarych oczach błyskają psotne iskierki.
Obrzucam
moją młodszą siostrę ponurym spojrzeniem.
-
Chciałam się wyciszyć. Mam zaraz test. Nie powinnaś być na
lekcjach? - dziwię się.
-
Mam biologię, wyszłam do toalety, bo zaraz wykończą mnie te
krzyżówki. Recesywne, dominujące, podwójnie recesywne… I do
tego prawo Kratza – wzdycha ciężko, mierzwiąc sobie włosy. -
Dobra, wracam tam, nie chcę, żeby Hope znowu musiała zapisywać mi
zadanie domowe. O której będziesz w domu?
- Po
szesnastej, mam jeszcze trening – odpowiadam, poprawiając torbę
na ramieniu. - Powiesz Pen, żeby na mnie nie czekała z obiadem?
Możliwe, że będę musiała dłużej zostać…
-
Myślę, że nie będzie się martwić. Ma dziś zebranie Zarządu.
Kiwam
głową, a nad naszymi głowami rozbrzmiewa dzwonek. Aurora wraca do
klasy po swoje rzeczy, a ja ruszam do sali, by przeczytać ostatni
raz notatki przed testem z historii.
Cicero
siedzi na mojej ławce i gra na telefonie w najmodniejszą ostatnio
grę. Jak zwykle, znudzi mu się w ciągu dwóch tygodni.
-
Przepraszam – mamroczę pod nosem, kładąc torbę na krześle.
Odwraca się dopiero, kiedy szturcham go lekko pokrowcem ze
skrzypcami.
-
Ach, Aida! Wiesz, że twoja ławka jest najwygodniejsza? - Uśmiecha
się do mnie śnieżnobiałym uśmiechem, a ja robię wszystko,
byleby się nie zaczerwienić. Na szczęście obfitość piegów na
twarzy nieco maskuje moją reakcję.
W
każdej grupie czy też klasie jest zawsze chłopak, który jest
ideałem i wzdychają do niego wszystkie dziewczyny. W mojej grupie
tym chłopakiem jest właśnie Cicero. Cicero, który regularnie
siada na mojej ławce, ja ja go regularnie z niej wyganiam, rumieniąc
się po czubki uszu.
-
Podrywa cię – zaopiniowała bez grama wahania Aurora, gdy tylko
jej o tym powiedziałam. - Siądź na jego ławce następnym razem…
Ach tak, nigdy nie przychodzisz wcześniej, bo w każdej wolnej
chwili grasz na skrzypcach. No tak.
-
Właśnie dlatego ją wybrałam. Bo jest najwygodniejsza –
odpowiadam wyjątkowo odważnie jak na mnie. Cicero świdruje mnie
przez chwilę spojrzeniem jasnozielonych, ale ciepłych oczu, po czym
wybucha śmiechem.
-
Przyjdziesz w piątek na imprezę? Właściwie to impreza mojej
siostry, ale miło byłoby cię tam zobaczyć. - Uśmiecha się do
mnie szeroko.
-
Przemyślę to – odpowiadam krótko i wtedy na szczęście
przychodzi nauczyciel.
- Na
miejsca, mili państwo, no już! Macie godzinę na test, a potem
jesteście wolni, zostałem wezwany na pilne zebranie Zarządu.
-
Uff, muszę mamie kupić za to jakieś dobre czekoladki! - woła
Cicero scenicznym szeptem, a ja wywracam oczami.
Wspominałam,
że jest synem pani prezydent? Nie? No to wspominam.
-
Już, już, cisza. Podajcie testy do tyłu i… zaczynamy!
Przenoszę
wzrok na kartkę. Potop. Okej.
Potop
– wydarzenie w dziejach świata, które dramatycznie zmieniło
sytuację na Ziemi. Zmiany klimatyczne spowodowały stopienie
lodowców, co podniosło poziom wód oceanicznych, powodując
globalną powódź. Woda zalała 95% naszej planety, co spowodowało
śmierć 99% ludzkości. To wydarzenie stało się punktem zwrotnym w
historii świata i stało się nowym znacznikiem czasu: Przed Potopem
(PrP.) i Po Potopie (PoP.), wypierając stary system określania
czasu p.n.e. i n.e., gdzie punktem odniesienia było…
Zagryzłam
koniec ołówka. Nie pamiętam nawet rozwinięcia tych skrótów.
Chodziło tam chyba o narodziny jakiegoś filozofa? Wykreślam
ostatnie słowa i przechodzę do następnego pytania.
Prawo
Kratza. To historia, czy biologia, do cholery?
Prawo
Kratza – zdefiniowane przez Emmanuela Kratza w 31 roku PoP. Prawo
mówiące o korelacji między fenotypem a cechami psychofizycznymi
występującej jedynie wśród homo
sapiens. Zakłada również konieczność zachowania
czystości fenotypu, w celu wykluczenia dalszych niekorzystnych
mutacji. Mieszany fenotyp osłabia pozytywne cechy osobnicze oraz
determinuje występowanie cech niekorzystnych, takich jak obniżenie
sprawności fizycznej czy też obniżenie ilorazu inteligencji.
Sceptycy wykazują błąd w rozumowaniu Kratza (Teoria Wybrakowania),
twierdząc, że kierowanie się fenotypem nie wyklucza wszystkich
wadliwych genów, ponieważ mogą one być dziedziczone w sposób
utajony przez wiele pokoleń poprzez heterozygotyczny genotyp…
Zagryzam
wargę. Tyle chyba wystarczy. To przecież historia, nie biologia.
Wiadomo już, o co chodzi, prawda? Trzecie
pytanie jest podobne, częściowo już na nie odpowiedziałam.
Frakcyjna
struktura społeczna – została zaproponowana przez Kratza w 33
roku PoP. Po zdefiniowaniu cech charakterystycznych dla każdego
fenotypu, uzasadnił wyższość genotypu podwójnie recesywnego
(fenotyp: włosy rude), nad pozostałymi. Ze względu na całkowitą
odmienność fenotypu jasnego i ciemnego postawił je na równorzędnej
pozycji, mimo pewnych mankamentów fenotypu ciemnego, który może
być powiązany (zgodnie z Teorią Wybrakowania) z mieszanym
genotypem, który skutkować może fenotypem mieszanym. Jako
najniższą warstwę, wykluczoną ze ścisłego kręgu społecznego
wskazał właśnie osobniki o mieszanym fenotypie, których cechy
psychofizyczne prezentowały się znacząco gorzej od swoich
jednolitych przodków. Grupę tę potocznie nazywamy Odrzutkami,
jednak oficjalnie figurują jako Niejednolici.
Wszystkie pytania są opisowe, więc kiedy kończę odpowiadać na
ostatnie, ósme, dzwoni dzwonek dając nam znak, że czas
przeznaczony na test dobiegł końca. Z lekki westchnieniem ulgi
oddaję kartkę i zbieram swoje rzeczy, a kiedy unoszę głowę z ust
wydobywa mi się lekki okrzyk.
- Cico, przestraszyłeś mnie – mówię z wyrzutem i lekko zagryzam
wargę. Nie jestem pewna, czy powinnam używać tej ksywki, czy nie
jest zarezerwowana dla… przyjaciół.
- Wybacz, nie miałem takiego zamiaru. To co z tą imprezą? -
Uśmiecha się do mnie, a ja wmawiam sobie w myślach, że ten
uśmiech wcale na mnie nie działa.
No, może troszeczkę?
- Nie wiem, muszę zapytać Pen. - Wzruszam ramionami. - A jakby co…
mogę zabrać siostrę? - pytam nieco niepewnie.
Aurora, choć trzy lata ode mnie młodsza, była ode mnie o wiele
bardziej przebojowa i otwarta. Zasadniczo nie wychodziłam nigdzie
bez niej. To ona pilnowała, bym nie uciekała chyłkiem z imprezy,
zanim ta się na dobre rozpoczęła.
- A twoja siostra to… Aura, tak? - Cicero mruży oczy, próbując
sobie przypomnieć.
- Aurora – poprawiam go. - Damy ci znać jutro, okej?
- Okej. - Jego twarz ponownie się rozpromienia. Mogłabym na niego
patrzeć i patrzeć, bez przerwy.
Czy on musi być taki idealny?
- To na razie, Aida! - Macha mi na pożegnanie, a ja wzdycham lekko.
Mam jeszcze trochę czasu do treningu, postanawiam więc zaszyć się
w jakimś kącie i nieco poczytać. Za tydzień zaczynamy przerabiać
„Rok 1984”, a ja nadal nie przebrnęłam nawet przez połowę.
Ten świat tam przedstawiony jest taki… smutny. Ponury.
Na korytarzu spotykam jednak Hope, najlepszą przyjaciółkę mojej
siostry.
- Widziałaś może Aurorę? - pyta lekko zdezorientowana.
- Godzinę temu mówiła, że weźmie rzeczy z sali i idzie do domu –
odpowiadam.
- No właśnie mam jej torbę i notatki z zadaniem domowym, ale nie
wróciła do sali – wyjaśnia zmartwiona Hope, podając mi torbę.
Powinnam się zaniepokoić? Być może, a być może…
- A niech to! - mruczę pod nosem, powstrzymując się przed
dosadniejszym określeniem. - Figaro pewnie znowu zaciągnął ją na
Zamurze! – klnę pod nosem.
- Och, nie… - wzdycha Hope. Jej również wybryki mojej siostry są
nie w smak. - Czy ona zawsze musi pakować się w jakieś kłopoty?
Zerkam na zegarek. Zostało mi trzydzieści minut do treningu. Jak na
niego nie pójdę będzie… źle. Ale jeśli nie pójdę za Aurorą…
- Masz trochę czasu, Hope? - pytam z nadzieją.
Dziewczyna kręci głową.
- Nie pójdę tam sama – odpowiada, odgadując, co mam na myśli.
- Cholera – wzdycham. - Dobra, idziemy. A jak ją znajdę, to ją
spiorę na kwaśne jabłko!
...i tego gagatka, Figaro, też!
- Dlaczego ona to robi? - pyta retorycznie Hope.
- Bo kocha łamać zasady. Oraz serce naszej matki. - Krzywię się.
Po pierwsze, bo choć kocham moją siostrę, to jest to przykra
prawda. Po drugie – nazywanie Pen „matką” zawsze wydawało mi
się dziwne. Być może dlatego, że różnica wieku między nami
wcale nie była taka duża, a Pen sama starała się ją zatuszować
jeszcze bardziej. To ona zaproponowała nam, byśmy mówiły jej po
imieniu.
Zwłaszcza gdy zostałyśmy tylko we trójkę.
Dobrze znam moją siostrę, łapię więc ją wraz z Figarem jeszcze
zanim przekraczają mury miejskie. Nie wiem czy jestem bardziej zła,
czy rozbawiona, gdy widzę jej zaskoczoną minę.
- Jeśli chcesz nadal się wymykać za miasto musisz albo nauczyć
się lepiej kłamać, albo zmienić swoje ulubione ścieżki –
mówię, chwytając ją mocno za ramię. - Ile razy mamy ci
powtarzać, że to niebezpieczne?
- Ale ekscytujące! - odpowiada zuchwale i odwraca się do chłopaka.
- Prawda, Fi?
Zamykam oczy i odliczam w myślach od dziesięciu do jednego.
- Auroro, czy mam ci przypomnieć… - urywam. Nie chcę wyciągać
tej historii przy świadkach. Zwłaszcza, że znają ją z mediów
jeszcze lepiej ode mnie. - Hope się o ciebie martwiła – zmieniam
temat.
- Przepraszam, nie chciałam cię zmartwić. – Odwraca się do
przyjaciółki. - Powiedziałbym ci, gdzie idę, ale wtedy
martwiłabyś się jeszcze bardziej. Aida, nie patrz tak na mnie!
Poradzę sobie!
- Nigdzie nie idziesz – cedzę przez zęby.
- Idę – odpowiada z przekorą.
- Okej. - Nagle podejmuję decyzję. - Ale w takim razie idę tam z
tobą. Skoro i tak przepadnie mi trening pływacki, to przynajmniej
chcę wiedzieć, że nic ci się nie stanie.
- Jakbyś mogła mnie obronić – prycha Aurora. - Fi, idziemy? -
zwraca się do kolegi, a ja przenoszę wzrok na Hope.
- To ja… wrócę do domu. Wieczorem przyniosę ci lekcje – mówi
cicho i odwraca się na pięcie, czmychając stąd czym prędzej.
Mądra dziewczynka.
- Pękasz, siostra? - Aurora spogląda na mnie prowokująco.
- Chyba śnisz – odpowiadam, poprawiając pasek torby i ruszam za
Figarem.
***
Delikatnymi ruchami zszywam białe, zajęcze futerka. Sukienka nie będzie zabudowana, będzie zakrywać to, co powinna, na więcej nie mogę sobie pozwolić. Po co marnować materiał, kiedy można go wykorzystać do kilku rzeczy? Po tej stronie nie ma miejsca na marnotrawstwo.
Ludzie z Enklawy twierdzą, że są od nas lepsi, bardziej inteligentni, bardziej błyskotliwi, lepiej sprawni fizycznie... ale przeważająca większość nie przetrwałaby życia w Uroczysku. Oni zwą to miejsce Zamurzem, jakby dzieliła nas fizyczna bariera… Mur, a nie jedynie pas ziemi.
Futro jest niezwykle miękkie pod moimi palcami, jeszcze kilka drobnych ściegów i będzie gotowa. Rozglądam się w poszukiwaniu noża, kiedy zauważam, że nachodzi mój brat. Iskierki zadowolenia błyszczą w jego jasnoniebieskich oczach, a w kąciku ust błądzi lekki złośliwy uśmieszek. Zupełnie nie pasuje to do faktu, że jego ciemne loczki, w niektórych miejscach, pozlepiane są zaschniętą krwią, a kostki dłoni znaczą drobne ranki.
Odkładam ukończoną już sukienkę i podnoszę się z pieńka, na którym siedzę. Owen całuje mnie na powitanie w czoło. Z tej odległości zauważam kilka drobnych krwiaków na jego twarzy.
- Jak tam, Śnieżko? - pyta z
lekkim rozbawieniem.
Owen nadał mi to idiotyczne
przezwisko, ponieważ jego zdaniem pasuję idealnie do opisu z tej
właśnie baśni. Włosy czarne, jak hebanowe drewno, skór biała,
niczym śnieg… jedynie moje usta nie mają koloru krwi.
Pokazuję mu gest, który oznacza, że wszystko u mnie w porządku i ciągnę w kierunku drzwi. Mogłabym zwyczajnie odpowiedzieć, gdyby tylko trzy lata temu, siłą nie odebrano mi zdolności mowy. W ogólnym rozrachunku to niewielka cena za wolność. Zniszczone struny głosowe zawsze będą lepszym wyjściem, niż niewolnicza służba w Enklawie.
Przekraczam próg i wchodzę do niewielkiego pomieszczenia, które służy za kuchnię. Wielu z mieszkańców Uroczyska mieszka w niewielkich lepiankach, szałasach, czy namiotach, ja mogę się pochwalić niemalże prawdziwym domem. To wszystko zasługa Owena. Ściany do wysokości mojej brody są kamienne, po części są to ruiny budynku, który stał tutaj kilkaset lat temu, zapewne jeszcze przed Potopem, a po części osobiście zdobyty przez mojego brata materiał. Reszta jest drewniana, nie zawsze pasujące, nierówne deski, ale lepszego domu nie mogłabym sobie wymarzyć. Zwłaszcza, że na tym umiejętności mojego brata się nie kończą, jako jedni z nielicznych w okolicy mamy system, który pozwala gromadzić deszczówkę, a także osobny zbiornik, na wodę przyniesioną z rzeki, wszystko połączone systemem rur. Owen czasami pomaga innym mieszkańcom, ale rzadko robi to bezinteresownie. Przetrwanie jest ważniejsze, niż altruistyczne pobudki.
Pokazuję mu gest, który oznacza, że wszystko u mnie w porządku i ciągnę w kierunku drzwi. Mogłabym zwyczajnie odpowiedzieć, gdyby tylko trzy lata temu, siłą nie odebrano mi zdolności mowy. W ogólnym rozrachunku to niewielka cena za wolność. Zniszczone struny głosowe zawsze będą lepszym wyjściem, niż niewolnicza służba w Enklawie.
Przekraczam próg i wchodzę do niewielkiego pomieszczenia, które służy za kuchnię. Wielu z mieszkańców Uroczyska mieszka w niewielkich lepiankach, szałasach, czy namiotach, ja mogę się pochwalić niemalże prawdziwym domem. To wszystko zasługa Owena. Ściany do wysokości mojej brody są kamienne, po części są to ruiny budynku, który stał tutaj kilkaset lat temu, zapewne jeszcze przed Potopem, a po części osobiście zdobyty przez mojego brata materiał. Reszta jest drewniana, nie zawsze pasujące, nierówne deski, ale lepszego domu nie mogłabym sobie wymarzyć. Zwłaszcza, że na tym umiejętności mojego brata się nie kończą, jako jedni z nielicznych w okolicy mamy system, który pozwala gromadzić deszczówkę, a także osobny zbiornik, na wodę przyniesioną z rzeki, wszystko połączone systemem rur. Owen czasami pomaga innym mieszkańcom, ale rzadko robi to bezinteresownie. Przetrwanie jest ważniejsze, niż altruistyczne pobudki.
Wskazuję bratu ławę pod oknem, na
której posłusznie siada, a ja wyjmuję z szafki wyciąg z kwiatu
arniki oraz olejek z mięty pieprzowej.
- Zarobiłem dzisiaj ładną sumkę
– informuje mnie Owen.
- Właśnie widzę – odpowiadam
ruchem dłoni.
Rozcieńczam olejek i ostrożnie
dezynfekuję każdą rankę, czy rozcięcie. Nie pozwolę, aby jakieś
zakażenie odebrało mi brata. Muszę przyznać, że dzisiaj nie
wygląda najgorzej. W tym stanie będzie sobie mógł pozwolić na
powrót do walk nawet jutro. Dopiero, kiedy jestem pewna, że
wszystkie otwarte rany zostały należycie opatrzone, stosuję wyciąg
z kwiatu arniki, zwanej pomornikiem, na nieliczne krwiaki… do jutra
powinny zniknąć.
Sprzątam po sobie, a Owen wyciąga na wysłużony blat stołu, plik odrobinę wymiętych banknotów. Suma nie jest może wysoka, ale każdy pieniądz jest dobry, prawda? Zwłaszcza, kiedy zależy od niego przeżycie.
Sprzątam po sobie, a Owen wyciąga na wysłużony blat stołu, plik odrobinę wymiętych banknotów. Suma nie jest może wysoka, ale każdy pieniądz jest dobry, prawda? Zwłaszcza, kiedy zależy od niego przeżycie.
- Przyjdziesz jutro popatrzeć? -
pyta Owen, przetaczając pomiędzy palcami srebrną monetę.
Opieram się plecami o kamienny,
odrobinę nierówny blat i lekko uśmiecham. Jak mogłabym odmówić?
Owen ryzykuje wiele, aby dać nam chociaż odrobinę znośniejsze
życie, a ja jedynie mam przyjść i obserwować, jakby to była
najważniejsza, najbardziej odpowiedzialna rzecz na świecie.
- Będę krzyczeć najgłośniej ze
wszystkich twoich fanek – żartuję bez słów.
Odwracam się i wyjmuję z piecyka
zajęcze mięso. To jeden z licznych pomysłów Owena, powstały z
jakichś metalowych płyt. Niezupełnie wiem, jak działa, ale
ważne, że tak jest.
Gaszę ogień, uprzednio rozpalony w specjalnym miejscu tego cudeńka i stawiam posiłek na stole. Mój brat unosi z zaskoczenia brwi. To urocze, że nadal jestem dla niego niewinna siostrzyczką, ale ja też muszę robić coś dla naszej rodziny. Owen zdobywa pieniądze, ja staram się zdobyć, coś co pozwoli nam się posilić, nawet jeśli oznacza to konieczność upolowania zająca.
Gaszę ogień, uprzednio rozpalony w specjalnym miejscu tego cudeńka i stawiam posiłek na stole. Mój brat unosi z zaskoczenia brwi. To urocze, że nadal jestem dla niego niewinna siostrzyczką, ale ja też muszę robić coś dla naszej rodziny. Owen zdobywa pieniądze, ja staram się zdobyć, coś co pozwoli nam się posilić, nawet jeśli oznacza to konieczność upolowania zająca.
- Trochę mi przykro – oznajmia
mój brat.
Nie rozumiem, o co chodzi, więc
pokazuję mu gest oznaczający pytanie.
- No wiesz, że nie mogłaś
zobaczyć, jaką wyniosłą miałaś minę, kiedy stawiałaś to
mięso przed moim nosem. - Chłopak pokazuje mi język.
- Rozumiem, że nie jesteś głodny.
Tak mi przykro. - Droczę się wprawnymi gestami i przysuwam talerz
bliżej siebie.
- Taka jesteś śliczna, że wszyscy myślą o tobie, jako o
uosobieniu altruizmu… a w rzeczywistości jesteś gotowa zagłodzić
brata na śmierć – wzdycha Owen z przesadnym, udawanym szlochem.
- Myślisz, że zmiękczysz moje lodowe serce takim słabym
komplementem? - Unoszę jedną brew.
- Jeśli jest tak lodowate, jak kolor twoich oczu… nie mam szans,
nawet gdybym wrzucił cię do ogniska. - Brat pstryka mnie w nos i
przesuwa posiłek z powrotem na środek stołu.
Udaję oburzoną. Już mam ochotę rzucić kolejną ripostą, ale
rozlega się pukanie do drzwi. Owen unosi ze zdziwieniem brwi, ale
wstaje zobaczyć, kto nas odwiedził.
- Jest Ciara? - Po głosie rozpoznaje, że osobą, która mnie szuka
jest Vincent.
Mężczyzna mieszka niedaleko, jak na standardy Uroczyska, wraz z
bratem bliźniakiem, Milesem, oraz niespokrewnioną z nimi Ginevrą.
Dziewczyna jest zielarką, to od niej nauczyłam się wszystkiego na
ten temat.
- Czego od niej chcesz? - pyta Owen zimno.
- Czegoś na opuchliznę – odpowiada z rozgoryczeniem Vince.
Czyli plotki, jakoby Ginevra gdzieś zniknęła, są prawdziwe. W
inny wypadku żaden z bliźniaków nie przekroczyłby progu tego
domu, nie po tym, jak Owen zakończył ich pasmo zwycięstw.
- Nie ma nic za darmo. - W głosie mojego brata słychać lekką
satysfakcję.
Bliźniacy zarzekali się, że nie ma takiej siły, która
popchnęłaby ich do układania się z kimś takim, jak my. Nie ma co
udawać, że ludzie pałają do nas sympatią. Ale w świecie taki,
jak ten, który zgotowali nam Kratz i jemu podobni, liczy się
jedynie przetrwanie.
- Mam nasiona lub pieniądze. - Vince brzmi na pokonanego.
Owen, nie kryjąc satysfakcji, wpuszcza mężczyznę do środka.
Vincent, tak jak jego współlokatorzy cierpi na wadę, której
efektem jest różnobarwność tęczówek. Miles i Ginevra mają
jedno w kolorze jasnego brązu, a drugie niebieskie… natomiast
Vince ma oba niebieskie, chociaż lewe jedynie w połowie.
Szczęściarze, takich nie porywają do Enklawy, według Kratza
człowiek już niżej w ewolucji upaść nie może. Vincent jest
przystojny, nie można temu zaprzeczyć. Ma gęste, ciemnobrązowe
włosy i kilkudniowy zarost.
- Ile? - Spogląda na mnie jakby z urazą.
Pokazuję mu gestem, aby pokazał co przyniósł. Mężczyzna
niechętnie kładzie na stole płócienny woreczek, zapewne pełen
nasion i niewielki plik banknotów.
- Jakie rośliny z tego urosną? - pytam zgrabnymi ruchami, wskazując
woreczek.
- Nie wiem, wygrałem je od jednego Lisa. - Ostatnie słowo wręcz
wypluwa.
Tym określeniem nazywamy najwyżej położonych członków
społeczeństwa, tych o rudym kolorze włosów… dupków, którzy
nami rządzą. Zabieram woreczek, rozplątuję supełek i zaglądam
do środka, a później zabieram. Plik banknotów przesuwam w stronę
Vincenta, przetrwanie jest ważne, ale to byłoby niesprawiedliwe…
upodobniłoby mnie do Lisów. Otwieram wąską szafeczkę i wyjmuję
zapieczętowany flakonik. Kładę go przed Vincentem, który spogląda
na nasz obiad. Przełyka ślinkę, a z jego brzucha wydobywa się
głośne burczenie.
- Połowa forsy, którą przyniosłeś i możesz stąd wyjść z
oskórowanym królikiem – proponuje mu Owen.
Dobrze wie, że mięso może się zepsuć, a pieniądze są dla nas
lepszym zabezpieczeniem. Vince przytakuje skinieniem i płaci mojemu
bratu. Już nie ma takiej zaciętej miny, głód zwykle temperuje
nasze charaktery. Owen schodzi do piwniczki, skąd przynosi świeże,
królicze mięso i kładzie je przed mężczyzną.
- Dzięki – oznajmia Vincent i kieruje się do wyjścia.
Owen odprowadza go do drzwi, a ja w tym czasie dzielę, chłodny już
obiad. Mój brat zamyka drzwi i siada z pełnym zadowolenia
uśmieszkiem.
- Smacznego, Śnieżko. - Mruga do mnie i zaczyna jeść.
Odpowiadam mu krótkim skinieniem i również biorę się za swoją część. Miałam wyjątkowe szczęście, natrafiając rano na kilka borowików, które dopełniają dzisiejszy obiad. Wiem, jak bardzo Owen je lubi.
- Mamy jakąś szczególną okazję? - pyta mój brat trochę żartobliwym tonem, wskazując grzybki.
- Już nie miałam innych pomysłów, jak przekupić cię, abyś dał mi obciąć twoje włosy. - Uśmiecham się trochę złośliwie.
- Moje loczki? Jak bez ich pomocy zdobędę uznanie żeńskiej części widowni z Enklawy? - Chłopak udaje przerażenie.
Śmieję się bezgłośnie i przechylam lekko głowę na bok. Za żadne skarby nie zrezygnowałabym z Owena, nie mam poza nim nikogo. Przy granicy Uroczyska i Nieznanych Ziem mieszka pewna starsza, szalona kobieta. Jest trochę zielarką, trochę szamanką… nikt tak naprawdę nic o niej nie wie. Zawsze kiedy ją spotykam, kobieta określa mnie mianem Wilczycy. Jej zdaniem to moje duchowe zwierze, czy coś takiego. Być może ma odrobinę racji, jeśli spojrzeć na moje relacje z Owenem.
- Pamiętasz, tę blondynkę, która podarowała mi miękki materiał? - zagaja mój brat.
Otrząsam się z zamyślenia i lekko marszczę brwi.
- Łabędzia? - Zgrabnie wykonuję odpowiedni gest.
To określenie używane jest wobec Jasnej Frakcji. W sumie to dziwne, ale zapoczątkowała to właśnie ta dziwna szamanka. Kratz przypisał jasnemu fenotypowi talenty artystyczne, dlatego w jej mniemaniu ich duchowym zwierzęciem jest Łabędź… tak jak dla rudych Lis. Ostatnia z Frakcji, Ciemna, otrzymała za „maskotkę” i charakterystyczne określenie Sokoła.
- Tak – potwierdza Owen. - Znowu dzisiaj się pojawiła.
Pokazuję mu gestem, aby kontynuował.
- Powiedziała, że mogę się z nią przespać. Jak to ujęła, chciałaby zobaczyć, czy seks z Dzikusami jest lepszy. - Owen lekko się krzywi.
- Prymitywnych ludzi niech poszuka po swojej stronie muru - oburzam się.
Mój brat tylko nieznacznie się uśmiecha.
- Ciara, to dałoby nam oszczędności na...
- Nie pozwolę ci się sprzedać! - oburzam się gwałtownie.
Mój brat potakuje skinieniem.
- To, że mieszkańcy zza Muru upadli tak nisko w aspekcie moralnym, nie oznacza, że powinniśmy dawać im przyzwolenie na takie zachowanie – tłumaczę spokojnie swoje stanowisko. - Nie bez powodu my, Eucerzy, ochrzciliśmy Enklawę mianem Horrendum.
Rzadko w rozmowie używam tej nazwy dla mieszkańców Uroczyska. Może dlatego, że nie czuję się z nimi związana, a może dlatego, że mi się nie podoba. Moim zdaniem nie ma nic wspólnego z nami, z ludźmi wygnanymi przez Lisy.
Odpowiadam mu krótkim skinieniem i również biorę się za swoją część. Miałam wyjątkowe szczęście, natrafiając rano na kilka borowików, które dopełniają dzisiejszy obiad. Wiem, jak bardzo Owen je lubi.
- Mamy jakąś szczególną okazję? - pyta mój brat trochę żartobliwym tonem, wskazując grzybki.
- Już nie miałam innych pomysłów, jak przekupić cię, abyś dał mi obciąć twoje włosy. - Uśmiecham się trochę złośliwie.
- Moje loczki? Jak bez ich pomocy zdobędę uznanie żeńskiej części widowni z Enklawy? - Chłopak udaje przerażenie.
Śmieję się bezgłośnie i przechylam lekko głowę na bok. Za żadne skarby nie zrezygnowałabym z Owena, nie mam poza nim nikogo. Przy granicy Uroczyska i Nieznanych Ziem mieszka pewna starsza, szalona kobieta. Jest trochę zielarką, trochę szamanką… nikt tak naprawdę nic o niej nie wie. Zawsze kiedy ją spotykam, kobieta określa mnie mianem Wilczycy. Jej zdaniem to moje duchowe zwierze, czy coś takiego. Być może ma odrobinę racji, jeśli spojrzeć na moje relacje z Owenem.
- Pamiętasz, tę blondynkę, która podarowała mi miękki materiał? - zagaja mój brat.
Otrząsam się z zamyślenia i lekko marszczę brwi.
- Łabędzia? - Zgrabnie wykonuję odpowiedni gest.
To określenie używane jest wobec Jasnej Frakcji. W sumie to dziwne, ale zapoczątkowała to właśnie ta dziwna szamanka. Kratz przypisał jasnemu fenotypowi talenty artystyczne, dlatego w jej mniemaniu ich duchowym zwierzęciem jest Łabędź… tak jak dla rudych Lis. Ostatnia z Frakcji, Ciemna, otrzymała za „maskotkę” i charakterystyczne określenie Sokoła.
- Tak – potwierdza Owen. - Znowu dzisiaj się pojawiła.
Pokazuję mu gestem, aby kontynuował.
- Powiedziała, że mogę się z nią przespać. Jak to ujęła, chciałaby zobaczyć, czy seks z Dzikusami jest lepszy. - Owen lekko się krzywi.
- Prymitywnych ludzi niech poszuka po swojej stronie muru - oburzam się.
Mój brat tylko nieznacznie się uśmiecha.
- Ciara, to dałoby nam oszczędności na...
- Nie pozwolę ci się sprzedać! - oburzam się gwałtownie.
Mój brat potakuje skinieniem.
- To, że mieszkańcy zza Muru upadli tak nisko w aspekcie moralnym, nie oznacza, że powinniśmy dawać im przyzwolenie na takie zachowanie – tłumaczę spokojnie swoje stanowisko. - Nie bez powodu my, Eucerzy, ochrzciliśmy Enklawę mianem Horrendum.
Rzadko w rozmowie używam tej nazwy dla mieszkańców Uroczyska. Może dlatego, że nie czuję się z nimi związana, a może dlatego, że mi się nie podoba. Moim zdaniem nie ma nic wspólnego z nami, z ludźmi wygnanymi przez Lisy.
Kończę jeść, Owen milczy, on już
zjadł.
- Dobrze, Śnieżko. Posunę się do tego tylko i wyłącznie w
ostateczności. - Mój brat wstaje, całuje mnie w czoło i zabiera
nasze talerze.
- Idę zobaczyć nasze pole – informuję go. - Do wieczora. -
Uśmiecham się i kieruję do drzwi.
- Uważaj na siebie, dobrze? - prosi Owen.
[Aida]
Z lekkim wahaniem przekraczam Mur. Mur to tylko symboliczna nazwa,
nie ma tu żadnych strażników, ogrodzeń ani bram. Po prostu –
ostatnie zabudowania, pas ziemi i… slumsy zamieszkane przez
Odrzutków. Nikt nie strzeże tej granicy-nie-granicy. My, w tym
Jaśni oraz Ciemni, nie wychodzimy poza miasto. Oni – nie wchodzą
do środka. Takie są niepisane zasady. Każdy trzyma się swojej
strony, bo po drugiej stronie Muru nie czeka go nic dobrego.
Aurora zarzuca chustkę na głowę i poleca mi zrobić to samo. Figaro naciąga mocno kaptur na czoło, by także ukryć kolor swoich włosów. Nie da się ukryć – rzucamy się w oczy. A nasza obecność tutaj może zostać niedobrze odebrana.
Aurora zarzuca chustkę na głowę i poleca mi zrobić to samo. Figaro naciąga mocno kaptur na czoło, by także ukryć kolor swoich włosów. Nie da się ukryć – rzucamy się w oczy. A nasza obecność tutaj może zostać niedobrze odebrana.
- Po co właściwie tu przyszliście? - syczę Aurorze do ucha.
- Być może po prostu dla zabawy? - śmieje się, ale gdy rzucam jej
ponure spojrzenie wywraca oczami. - Na fale Potopu, Aida. Fi ma
interes do ubicia.
- Nie martwi cię, że ma interesy do ubicia z takimi… osobnikami?
- Wzdrygam się lekko, unikając słowa „ludzie”. Według teorii
Kratza z biegiem czasu Odrzutkowie będą coraz mnie zasługiwać na
to miano, z pokolenia na pokolenie będą zatracać swoje
człowieczeństwo aż do całkowitej degradacji.
- Poczekajcie tutaj. - Figaro wstrzymuje nas przed wejściem do
czegoś na kształt ni to lepianki, ni to namiotu. Zerkamy na siebie
z Aurorą. Czuję się strasznie odkryta i… obserwowana. Jakby
każdy centymetr mojego ciała krzyczał „Halo! Tu jestem! Jestem z
Enklawy! Jestem Pariasem! Złapcie mnie! Zlinczujcie, tylko dla tego,
że mam lepsze geny od was!”.
Nikt jednak nie zwraca na nas uwagi. Być może dlatego, że ulice –
o ile można tu mówić o jakichkolwiek ulicach – są puste.
- Chodźmy. - Mija zaledwie kilka chwil, nim Figaro wraca do nas. -
Załatwione.
- Miałam iść z tobą – żali się Aurora.
- Miałaś iść ze mną na Zamurze – odpowiada. - Nie mówiłem,
że będziesz mi towarzyszyć przy załatwianiu interesów.
- Udało ci się chociaż pozytywnie załatwić, to… co miałeś
załatwić? - pytam z powątpiewaniem.
- Oczywiście. Jeśli was to ciekawi miałem do odebrania wygraną. -
Uśmiecha się szelmowsko, pokazując duży plik wymiętoszonych, ale
bez wątpienia prawdziwych banknotów o stosunkowo drobnych
nominałach. - Dziś ja stawiam, piękne panie. Lody? - zwraca się
do Aurory, a ta potakuje ochoczo.
Fantastycznie.
- To legalne? - pytam retorycznie.
- I tak, i nie – odpowiada Fi. - Właściwie to prawo nic nie mówi
na ten temat. Podpytałem ojca.
No tak. Sędzia Najwyższy.
- Co to w ogóle za nagroda? Chyba nie zajmujesz się łapankami? -
pytam z lekkim niesmakiem.
- Skądże! Obstawiam w zakładach. Różnych. Można się nieźle
obłowić, jeśli wie się na co i na kogo stawiać.
Nie pytam o nic więcej. Chyba nie chcę wiedzieć. Po minie Aurory
poznaję jednak, że ona dla odmiany nie odpuści. Będę musiała
mieć teraz na nią oko.
Rozluźniam się, gdy tylko wchodzimy głębiej między zabudowania
Enklawy. Znajdujemy się akurat w dzielnicy zdominowanej przez
Jasnych: uzdolnionych artystycznie, językowo. Szybkich, gibkich,
zwinnych. Zgodnie z prawem Kratza, obdarzonych cechami skorelowanymi
z genotypem recesywnym, objawiającym się jako jasny fenotyp: blond
włosy i niebieskie bądź zielone oczy.
Ponieważ i moje oczy są niebieskie, posiadam bardzo wiele tych cech
– jestem szybka i zwinna, co przydaje mi się na basenie; doskonale
gram na skrzypcach i znam osiem języków: angielski, czyli
najpopularniejszy język w Enklawie, esperanto, który jest językiem
urzędowym, jednak płynnie zna go tylko najwyższa warstwa
społeczna, czyli Pariasi, hiszpański, francuski, rosyjski, polski,
norweski i japoński.
- Tutaj. Tu są dobre lody! - Aurora wyrywa mnie z zamyślenia i
ciągnie za rękaw wprost za oszklone drzwi kawiarni. Nigdy wcześniej
tutaj nie byłam.
Figaro zamawia dla nas kawę i pucharki lodowe, a my siadamy przy
stoliku pod oknem. Rozglądam się dookoła – same jasne głowy.
Krótkie, długie włosy. Niektóre lekko posiwiałe. Kucyki,
warkocze i dredy.
Spojrzenia nieco nieśmiało kierują się na nas, nikt jednak nie
odważa się podejść. Kelnerka – wysoka blondynka o krótko
ściętych włosach podaje nam nasze zamówienie, mówiąc coś
przesłodzonym głosem o szarlotce na koszt firmy.
- Nie jadamy z siostrą jabłek – odpowiadam chłodno, a uśmiech
zamiera na jej twarzy.
- Och, najmocniej przepraszam, panienko. Już podaję inne ciasto,
również na koszt firmy… Czy może być babka cytrynowa?
- Ja wezmę tę szarlotkę – powstrzymuje kelnerkę Figaro,
zgarniając wszystkie trzy kawałki na swój talerz. - A babka będzie
jak najbardziej w porządku.
- Tylko bez lukru – wtrąca Aurora.
Przejęta kelnerka odchodzi.
- Będzie zdrapywać lukier? Jak myślicie? - śmieje się Fiagro.
Prycham przez nos.
- Wystarczy błysnąć kosmykiem rudych włosów, a już wszyscy
włażą ci do tyłka, licząc na lepszą pracę. Na fale Potopu,
jestem dopiero w liceum! - woła Aurora.
- Ale twoja matka trzyma w garści wszystkie pieniądze w mieście –
odpowiada Figaro. - Ja za to mogę bezkarnie łamać wszelkie zasady.
- Wyszczerza się, zatapiając zęby w cieście. - No i gdzie ta
babka…?
Zamiast kelnerki do naszego stolika podchodzi kobieta w średnim
wieku o bladoniebieskich oczach. Cała jej głowa pokryta jest
dredami, związanymi na karku niebieską chustką.
- Wasza babka cytrynowa – mówi, kładąc talerz na stole. Świdruje
mnie przy tym wzrokiem i najwyraźniej nie ma zamiaru odejść.
- Jakiś problem? - cedzę przez zęby. Jestem dziś już
wystarczająco poirytowana.
- Nie po prostu wyglądasz… To znaczy, panienka wygląda dziś po
prostu olśniewająco – odpowiada lekko zmieszana, odwracając
wzrok.
- Nie wiem czy próbujesz mi pochlebić, czy mnie poderwać, w obu
przypadkach nie życzę sobie, byś jeszcze kiedykolwiek się do mnie
zbliżała – mówię lodowato. Kobieta odchodzi pośpiesznie, a
Aurora posyła mi zaskoczone spojrzenie.
- Aida! Coś ty dzisiaj taka zdenerwowana?
- Moja młodsza siostra testuje moją cierpliwość – odpowiadam
złośliwie. - Za poza tym, Cico zaprosił mnie w piątek na imprezę.
Jeśli chcesz możesz iść ze mną – dodaję.
- To raczej ty pójdziesz ze mną – prycha Aurora. - O ile dasz się
zaciągnąć. Choć dla Cico… - Rusza wymownie brwiami, a ja
uświadamiam sobie, że na głos wypowiedziałam to jego cholerne
przezwisko.
- To właściwie nie jest jego impreza, tylko impreza Zoe – studzę
jej zapał, a Aurora natychmiast pochmurnieje.
- Ta zdzira robi imprezę i nie pisnęła o tym dziś nawet słowa?!
- wykrzykuje oburzona.
- Nie pisnęła ani słowa tobie, słoneczko – prostuje Figaro. -
Cała reszta klasy raczej o tym wie. Wiesz… ta fajniejsza część
klasy. Ta która liże jej powiększone ostatnio pośladki.
- Niech ma, była płaska jak deska… z obu stron – mruczę pod
nosem. Niestety ten argument w kłótniach z Zoe został mi parę
miesięcy temu wytrącony z ręki. Chirurgia plastyczna, niech ją
szlag trafi!
- Mogą ją lizać nawet po wątrobie, ja nie mam zamiaru! - Aurora
zaplata ręce na piersi. - To oczywiste, że idziemy na tę imprezę!
Ja utrę nosa tej wywłoce, a ty poderwiesz Cicero – zwraca się do
mnie, a Figaro uśmiecha się złośliwie.
- Ani piśniesz. - Grożę mu palcem. - To tylko fantazje mojej
siostry, po prostu marzy się jej taki szwagier jak Cicero.
- Tobie marzy się jego muskularne ciałko w twoje pościeli –
odgryza mi się Aurora, a ja wywracam oczami. Nie mam siły się z
nią kłócić.
- Jedzcie szybciej – poganiam ich. - Musimy wrócić do domu, zanim
Pen skończy zebranie Zarządu. I tak oberwie mi się za opuszczony
trening.
- Trzeba było nie chodzić na wagary, siostra! - wymądrza się
Aurora, pałaszując z zapałem lody.
Przysięgam, kiedyś uduszę ją gołymi rękami.
***
[Ciara]
Podążam drobną ścieżką w kierunku Białodrzewiego Gaju, starego lasu pełnego topli białych. Tędy droga jest odrobinę dłuższa, ale bezpieczniejsza. Lisy, Łabędzie i Sokoły nie zapuszczają się poza Arenę, wiedzą, że nie jest to dla niech bezpieczne. Pracujący dla nich Odrzutkowie, którzy polują na mieszkańców Uroczyska, jak na łowną zwierzynę, byle tylko zapewnić w Horrendum więcej niewolników, też unikają miejsc, w których mogliby się zgubić.
Gaj prawie w każdym miejscu wygląda identycznie, jeśli ktoś nie zna punktów orientacyjnych, jak Samotna Wierzba i Krwawy Dąb, jedyne dwa drzewa innego gatunku w Gaju, może się błąkać po tych terenach i nigdy nie odnaleźć. Przechodzę pod specyficznym wytworem natury, jakim są dwie, zrośnięte gałęzią na wysokości kilku metrów topole. To pierwszy punkt orientacyjny na mojej drodze, Brama Gaju. Jeśli ktoś nie wie czego szukać, zapewne mógłby nie zwrócić na nią uwagi. Z tego miejsca trzeba się kierować po lekkim skosie i nie zbaczać, aż nie napotka się czerwonych liści Krwawego Dębu. Gdyby iść na wprost od Bramy, można wpaść do jednej z licznych grot, które są rozsypane na tym terenie.
Słońce delikatnie prześwieca przez gałęzie, co w połączeniu z wszechobecnym puchem, który unosi się w powietrzu, kiedy topole pylą, nadaje to temu miejscu magicznej aury. Krwawy Dąb jest naprawdę majestatyczny, dotykam jego chropowatej kory i przesuwam po niej dłonią, aż natrafiam na dziuplę. Wskazuje ona kierunek.
Idę dalej, wsłuchując się w ćwierkanie ptaków. Uroczysko mogłoby być rajem, gdyby nie groźba niewoli ze strony Horrendum… ciągły strach o życie swoje i bliskich. W końcu zatrzymuję się i mimo iż znam ten widok na pamięć, zapiera mi on dech w piersiach. Niewielka dolina w samym centrum Gaju, nic niezwykłego, gdyby nie gruba warstwa puchu z topoli. Wygląda to jak jezioro wypełnione miękką chmurą.
Ostrożnie schodzę, lekko stromym zboczem i zanurzam się w bieli. Biała Dolina, tak nazywamy to miejsce. Przewyższenie nie jest duże, ale wyraźnie widać, że teren jest niższy. Rozglądam się za Samotną Wierzbą, która rośnie na skraju Doliny i ruszam w jej kierunku.
Słońce bardzo przyjemnie grzeje, więc upinam swoje długie, czarne włosy na karku. Wspinam się ostrożnie i opuszczam Dolinę. Staję obok wierzby i bez problemu odnajduję Ostatniego Wartownika, strzelistą skałę, która stoi na drugim skraju Gaju. Niespiesznie ruszam w tamtym kierunku. Rozglądam się uważnie, ale nie zauważam nic niepokojącego. W końcu wychodzę z lasu i mrużę lekko oczy, kiedy oślepia mnie słońce. Na linii horyzontu majaczy rzeka, jej specyficzna temperatura powoduje powstawanie na jej powierzchni mgiełki, co sprzyja powstawaniu tęczy, stąd nazywamy ją Bifrostem. Za nią już jest Idylla, tereny, na które nikt z Horrendum się nie zapuszcza. Zbyt daleko od Enklawy i zbyt blisko Płonnego Pustkowia, pustyni, z której nikt nie wrócił.
Ruszam dalej i po jakichś trzech minutach zatrzymuję się przed terenem ogrodzonym wysokim, kamiennym murem. Podchodzę do żelaznej bramy i wsuwam klucz do kłódki. W zeszłym roku pewna zachwycona Owenem Sokolica podarowała mu tę właśnie kłódkę, nie całkiem rozumiem czego miała być symbolem, ale przynajmniej się przydała. Od tamtego czasu nikt nie kradnie nam plonów.
Przekraczam furtkę, której wzór, chociaż niekompletny, zapewne miał wyobrażać ogromne drzewo obwieszone jabłkami, być może ktoś inspirował się rajskim ogrodem. Powoli przechadzam się, obserwując rosnące rośliny. Niektóre z nich są rzadkością i zawdzięczam je poświęceniu Owena na Arenie. Z ostrożnością dotykam drobnych listków, upewniam się, że nie ma żadnych szkodników. Na szczęście nic nie zagraża plonom, przynajmniej na razie.
Podchodzę do jednej ze stojących w ocienionych rogach beczek i napełniam konewkę wodą. Słońce jest wystarczająco nisko, aby nie spalić roślin. Podlewam każdą, pojedynczą roślinkę i wychodzę poza ogrodzenie. Dwa razy upewniam się, że kłódka jest zamknięta, a klucz schowany i ruszam w drogę powrotną.
Wybieram krótszą drogę, tę bliżej Muru. Powód jest dość prosty, nawigowanie z Gaju w drugą stronę jest dużo trudniej. Kierunkowskazy są bardziej subtelne i dużo prościej się pomylić i zgubić. Na dodatek dzień jest niezwykle ciepły, więc przyjemnie będzie odrobinę wygrzać się na słońcu. Przechodzę obok Gaju i ruszam wydeptaną ścieżką, ledwie widoczną w wysokiej do bioder trawie. W niektórych miejscach zauważyć można piękne, intensywnie czerwone oraz jasnofioletowe kwiaty maku lekarskiego. Towarzyszy im również mak polny, a że oba gatunki mogą mi się przydać, ochoczo zbieram je do swojej płóciennej torby. Nie potrzeba mi ich dużo, więc po chwili ruszam dalej. Być może ktoś inny również będzie ich potrzebował, w końcu ma do nich takie same prawo jak i ja.
Zauważam również fioletowe kwiaty charakterystyczne dla dzwonka rozpierzchłego. Nie ma on żadnego zastosowania, poza cieszeniem oczu, więc tylko chwilę zatrzymuję się, aby obejrzeć jego skupisko, a później wracam na ścieżkę. Przede mną przebiega kilka polnych myszy. Zatrzymuję się na końcu trawiastej łąki i wciągam do płuc powietrze. Kilka krzaków czarnego bzu już kwitnie, wydzielając charakterystyczny, lekko słodki zapach. Zrywam kilka kwiatów i dorzucam do zebranych wcześniej maków. Kawałek dalej równie silne bodźce zapachowe dostarcza mi lilak pospolity, często mylony właśnie z bzem. Tym razem zbieram kwiaty jedynie dla ich wyglądu i zapachu. Zadowolona pokonuję ostatni odcinek, który prowadzi przez coś na kształt prymitywnej wioski.
Wielu Odrzutków pomieszkuje blisko siebie w dość prymitywnych szałasach, czy lepiankach. Jedno z takich miejsc muszę przejść, aby nie musieć nadrabiać drogi do domu. Ubita, wysypana kamieniami droga biegnie przez środek, a po jej prawej i lewej stronie znajdują się najróżniejsze schronienia. Kilka prostych drewnianych szop, prymitywne namioty, prawdziwy kamienny dom, podobny do naszego. Wszędzie pełno Odrzutków różnej maści. Kilkoro pojedynczych dzieci, rzadkość po tej stronie Bifrostu. Kiedy ktoś z nas już decyduje się na wydanie na świat potomstwa, czy, jakby to powiedziały Lisy, dokonanie dalszego regresu ludzkości, zazwyczaj przenosi się do Idylli, gdzie jest bezpieczniej.
Na samym końcu wioski znajduje się niewielki, drewniany pawilon, który służy za miejsce handlu. Takie prymitywne targowisko. Miejsce to tętni życiem, każdy stara się wykorzystać swoje mocne strony, aby przeżyć. Jeśli ktoś jest dobrym myśliwym, na pewno znajdzie się ktoś, kto kupi lub wymieni się z nim za mięso. Osoby, które tak, jak ja znają się na roślinach z łatwością znajdą chętnych na swoje specyfiki. Tak to jest w życiu, liczy się umiejętność pokonywania przeciwności losu. Jeśli ktoś potrafi tylko użalać się nad sobą, już może wybrać miejsce, gdzie chce być pochowany. Bolesne, ale prawdziwe. Być może, gdyby ludzie z Horrendum traktowali nas tak, jak na to zasługujemy, bylibyśmy mniej zaradni… ale na pewno nie bardziej ludzcy, bo w końcu z kim przystajesz, takim się stajesz.
Mijam ostatnie zabudowania i zostaje mi tylko zejść lekko kamienistym zboczem, co jest nie lada wyczynem biorąc pod uwagę, że często jakieś większe bądź mniejsze kamienie się osuwają. Powoli, w pełnym skupieniu przybliżam się do ziemi, nasz dom położony jest w czymś na kształt niewielkiej doliny, tak jak Enklawa. Ostatni odcinek pokonuję truchtem, aby dać mięśniom odrobinę się zmęczyć.
W końcu uchylam drzwi domu i wsuwam się do środka. Owen gotuje swój popisowy bulion z królika, pachnie nim w całym domu. Witam się z nim uśmiechem i rozpakowuje zebrane rośliny. Te, które wymagają przetworzenia w jakikolwiek sposób, wkładam na razie do szafki, jutro się nimi zajmę. Lilaka natomiast wkładam do wypełnionego wodą wazonika. To również jeden z podarków od jakiejś dziewczyny z Enklawy, której spodobał się Owen. Coś musi być w tych jego loczkach, że nie boją się okazać zainteresowania komuś niżej w ewolucji… przynajmniej zdaniem Kratza.
Gaj prawie w każdym miejscu wygląda identycznie, jeśli ktoś nie zna punktów orientacyjnych, jak Samotna Wierzba i Krwawy Dąb, jedyne dwa drzewa innego gatunku w Gaju, może się błąkać po tych terenach i nigdy nie odnaleźć. Przechodzę pod specyficznym wytworem natury, jakim są dwie, zrośnięte gałęzią na wysokości kilku metrów topole. To pierwszy punkt orientacyjny na mojej drodze, Brama Gaju. Jeśli ktoś nie wie czego szukać, zapewne mógłby nie zwrócić na nią uwagi. Z tego miejsca trzeba się kierować po lekkim skosie i nie zbaczać, aż nie napotka się czerwonych liści Krwawego Dębu. Gdyby iść na wprost od Bramy, można wpaść do jednej z licznych grot, które są rozsypane na tym terenie.
Słońce delikatnie prześwieca przez gałęzie, co w połączeniu z wszechobecnym puchem, który unosi się w powietrzu, kiedy topole pylą, nadaje to temu miejscu magicznej aury. Krwawy Dąb jest naprawdę majestatyczny, dotykam jego chropowatej kory i przesuwam po niej dłonią, aż natrafiam na dziuplę. Wskazuje ona kierunek.
Idę dalej, wsłuchując się w ćwierkanie ptaków. Uroczysko mogłoby być rajem, gdyby nie groźba niewoli ze strony Horrendum… ciągły strach o życie swoje i bliskich. W końcu zatrzymuję się i mimo iż znam ten widok na pamięć, zapiera mi on dech w piersiach. Niewielka dolina w samym centrum Gaju, nic niezwykłego, gdyby nie gruba warstwa puchu z topoli. Wygląda to jak jezioro wypełnione miękką chmurą.
Ostrożnie schodzę, lekko stromym zboczem i zanurzam się w bieli. Biała Dolina, tak nazywamy to miejsce. Przewyższenie nie jest duże, ale wyraźnie widać, że teren jest niższy. Rozglądam się za Samotną Wierzbą, która rośnie na skraju Doliny i ruszam w jej kierunku.
Słońce bardzo przyjemnie grzeje, więc upinam swoje długie, czarne włosy na karku. Wspinam się ostrożnie i opuszczam Dolinę. Staję obok wierzby i bez problemu odnajduję Ostatniego Wartownika, strzelistą skałę, która stoi na drugim skraju Gaju. Niespiesznie ruszam w tamtym kierunku. Rozglądam się uważnie, ale nie zauważam nic niepokojącego. W końcu wychodzę z lasu i mrużę lekko oczy, kiedy oślepia mnie słońce. Na linii horyzontu majaczy rzeka, jej specyficzna temperatura powoduje powstawanie na jej powierzchni mgiełki, co sprzyja powstawaniu tęczy, stąd nazywamy ją Bifrostem. Za nią już jest Idylla, tereny, na które nikt z Horrendum się nie zapuszcza. Zbyt daleko od Enklawy i zbyt blisko Płonnego Pustkowia, pustyni, z której nikt nie wrócił.
Ruszam dalej i po jakichś trzech minutach zatrzymuję się przed terenem ogrodzonym wysokim, kamiennym murem. Podchodzę do żelaznej bramy i wsuwam klucz do kłódki. W zeszłym roku pewna zachwycona Owenem Sokolica podarowała mu tę właśnie kłódkę, nie całkiem rozumiem czego miała być symbolem, ale przynajmniej się przydała. Od tamtego czasu nikt nie kradnie nam plonów.
Przekraczam furtkę, której wzór, chociaż niekompletny, zapewne miał wyobrażać ogromne drzewo obwieszone jabłkami, być może ktoś inspirował się rajskim ogrodem. Powoli przechadzam się, obserwując rosnące rośliny. Niektóre z nich są rzadkością i zawdzięczam je poświęceniu Owena na Arenie. Z ostrożnością dotykam drobnych listków, upewniam się, że nie ma żadnych szkodników. Na szczęście nic nie zagraża plonom, przynajmniej na razie.
Podchodzę do jednej ze stojących w ocienionych rogach beczek i napełniam konewkę wodą. Słońce jest wystarczająco nisko, aby nie spalić roślin. Podlewam każdą, pojedynczą roślinkę i wychodzę poza ogrodzenie. Dwa razy upewniam się, że kłódka jest zamknięta, a klucz schowany i ruszam w drogę powrotną.
Wybieram krótszą drogę, tę bliżej Muru. Powód jest dość prosty, nawigowanie z Gaju w drugą stronę jest dużo trudniej. Kierunkowskazy są bardziej subtelne i dużo prościej się pomylić i zgubić. Na dodatek dzień jest niezwykle ciepły, więc przyjemnie będzie odrobinę wygrzać się na słońcu. Przechodzę obok Gaju i ruszam wydeptaną ścieżką, ledwie widoczną w wysokiej do bioder trawie. W niektórych miejscach zauważyć można piękne, intensywnie czerwone oraz jasnofioletowe kwiaty maku lekarskiego. Towarzyszy im również mak polny, a że oba gatunki mogą mi się przydać, ochoczo zbieram je do swojej płóciennej torby. Nie potrzeba mi ich dużo, więc po chwili ruszam dalej. Być może ktoś inny również będzie ich potrzebował, w końcu ma do nich takie same prawo jak i ja.
Zauważam również fioletowe kwiaty charakterystyczne dla dzwonka rozpierzchłego. Nie ma on żadnego zastosowania, poza cieszeniem oczu, więc tylko chwilę zatrzymuję się, aby obejrzeć jego skupisko, a później wracam na ścieżkę. Przede mną przebiega kilka polnych myszy. Zatrzymuję się na końcu trawiastej łąki i wciągam do płuc powietrze. Kilka krzaków czarnego bzu już kwitnie, wydzielając charakterystyczny, lekko słodki zapach. Zrywam kilka kwiatów i dorzucam do zebranych wcześniej maków. Kawałek dalej równie silne bodźce zapachowe dostarcza mi lilak pospolity, często mylony właśnie z bzem. Tym razem zbieram kwiaty jedynie dla ich wyglądu i zapachu. Zadowolona pokonuję ostatni odcinek, który prowadzi przez coś na kształt prymitywnej wioski.
Wielu Odrzutków pomieszkuje blisko siebie w dość prymitywnych szałasach, czy lepiankach. Jedno z takich miejsc muszę przejść, aby nie musieć nadrabiać drogi do domu. Ubita, wysypana kamieniami droga biegnie przez środek, a po jej prawej i lewej stronie znajdują się najróżniejsze schronienia. Kilka prostych drewnianych szop, prymitywne namioty, prawdziwy kamienny dom, podobny do naszego. Wszędzie pełno Odrzutków różnej maści. Kilkoro pojedynczych dzieci, rzadkość po tej stronie Bifrostu. Kiedy ktoś z nas już decyduje się na wydanie na świat potomstwa, czy, jakby to powiedziały Lisy, dokonanie dalszego regresu ludzkości, zazwyczaj przenosi się do Idylli, gdzie jest bezpieczniej.
Na samym końcu wioski znajduje się niewielki, drewniany pawilon, który służy za miejsce handlu. Takie prymitywne targowisko. Miejsce to tętni życiem, każdy stara się wykorzystać swoje mocne strony, aby przeżyć. Jeśli ktoś jest dobrym myśliwym, na pewno znajdzie się ktoś, kto kupi lub wymieni się z nim za mięso. Osoby, które tak, jak ja znają się na roślinach z łatwością znajdą chętnych na swoje specyfiki. Tak to jest w życiu, liczy się umiejętność pokonywania przeciwności losu. Jeśli ktoś potrafi tylko użalać się nad sobą, już może wybrać miejsce, gdzie chce być pochowany. Bolesne, ale prawdziwe. Być może, gdyby ludzie z Horrendum traktowali nas tak, jak na to zasługujemy, bylibyśmy mniej zaradni… ale na pewno nie bardziej ludzcy, bo w końcu z kim przystajesz, takim się stajesz.
Mijam ostatnie zabudowania i zostaje mi tylko zejść lekko kamienistym zboczem, co jest nie lada wyczynem biorąc pod uwagę, że często jakieś większe bądź mniejsze kamienie się osuwają. Powoli, w pełnym skupieniu przybliżam się do ziemi, nasz dom położony jest w czymś na kształt niewielkiej doliny, tak jak Enklawa. Ostatni odcinek pokonuję truchtem, aby dać mięśniom odrobinę się zmęczyć.
W końcu uchylam drzwi domu i wsuwam się do środka. Owen gotuje swój popisowy bulion z królika, pachnie nim w całym domu. Witam się z nim uśmiechem i rozpakowuje zebrane rośliny. Te, które wymagają przetworzenia w jakikolwiek sposób, wkładam na razie do szafki, jutro się nimi zajmę. Lilaka natomiast wkładam do wypełnionego wodą wazonika. To również jeden z podarków od jakiejś dziewczyny z Enklawy, której spodobał się Owen. Coś musi być w tych jego loczkach, że nie boją się okazać zainteresowania komuś niżej w ewolucji… przynajmniej zdaniem Kratza.
***
[Aida]
Kiedy wracamy do domu, Pen jeszcze nie ma. Odkładam torbę na
krzesło, a Aurora zamyka się w swoim pokoju, skąd po chwili
docierają do mnie głośne dźwięki muzyki.
- Ścisz to! Nie jesteś sama! - wołam, próbując przekrzyczeć
odtwarzacz, ale zdaje się, że nie udaje mi się to. Muzyka nadal
gra głośno.
Wzdycham i zakładam słuchawki na uszy, włączając jednocześnie
laptopa i przysiadam przy kuchennej wyspie, nalewając sobie soku
pomarańczowego.
Próbuję zabrać się za referat na zaliczenie semestru. Do jego
końca jest jednak sporo czasu, więc migająca ikonka szkolnego
czatu skutecznie odwraca moją uwagę.
Cicero:
Hej!
Przygryzam wargę, zastanawiając się, czego może ode mnie chcieć.
Aida:
Co? Zapomniałeś tematu pracy zaliczeniowej?
Cicero:
Ha, ha, bardzo śmieszne!
Aida:
Więc po co piszesz? Jaki inny interes może mieć do mnie wielki
Cico?
Cicero:
A cóż to za niskie mniemanie o sobie, Ai? Co z tą imprezą?
Z lekkim niedowierzaniem wpatruję się w pierwsze zdanie.
Aida:
Ai?!?!
Cicero:
Informuję cię uprzejmie, że tutaj wzdycham i wywracam oczami…
Skoro ty mówisz do mnie Cico, to ja do ciebie Ai. To jak? Będziecie?
Ty i Aura?
Aida:
Jeszcze nie wiem, dam znać, jak wróci Pen.
Cicero:
Pewnie niedługo, mama już w domu.
Aida:
...a moja siostra ma na imię Aurora, tak na marginesie.
Cicero:
Zoe mówi o niej Aura…
Aida:
Zoe mówi wiele różnych rzeczy o nas. Nie zawsze powinieneś jej
wierzyć.
Aida:
A, Ai to bardzo głupia ksywka.
Cicero:
Mnie się podoba.
Aida:
Zostańmy przy Aidzie. Do ciebie wszyscy przyjaciele mówią Cico. Do
mnie nikt nie mówi inaczej niż Aida.
Cicero:
Może czas to zmienić? Może ktoś wyjątkowy znajdzie dla ciebie
wyjątkowe określenie?
Chwila, moment. Czy on ze mną... flirtuje?!
Normalnie zapytałabym o radę Aurorę, ale nie dam jej tej
satysfakcji.
Aida:
Mama wróciła. Odezwę się, jak coś ustalę.
Cicero:
Pa, Ai!
Zamykam laptopa i jednym haustem wypijam cały sok. Pen była świetną
wymówką, ale faktycznie powinna już wrócić. Aby znaleźć sobie
jakieś zajęcie zaglądam do lodówki i znajduję naczynie
żaroodporne z potrawką do podgrzania. Wołam gromko Aurorę i
wspólnie przygotowujemy posiłek. Akurat kończymy, kiedy w drzwiach
zgrzyta klucz i po chwili Pen wchodzi do środka.
- Znalazłyście potrawkę, widzę. - Uśmiecha się ciepłym, choć
zmęczonym uśmiechem.
- Jak tam zebranie Zarządu? - zagajam, wyciągając dla niej trzeci
talerz.
- W porządku. A jak trening? - Rzuca mi spojrzenie z ukosa, a ja
przenoszę wzrok na Aurorę, która udaje, że tego nie widzi.
- Wiesz, prawda? - wzdycham. W innych okolicznościach Pen byłaby
doskonałym szpiegiem. A może po prostu wszystkie mamy tak mają. -
Musiałam…
Kusi mnie, by wydać Aurorę, mam dość krycia jej i jej wybryków.
Ale to moja siostra. Dopóki jestem w stanie jej upilnować sama nie
chcę wciągać w to mamy.
- Miała randkę z Cicero – wtrąca niespodziewanie moja pyskata
siostra.
Naprawdę, kiedyś ją zamorduję.
I nawet nie mogę powiedzieć, że to nieprawda, bo nie mam lepszego
kłamstwa na podorędziu… Nie żeby to było jakoś wybitnie
wiarygodne.
- Z Cicero? - Pen unosi wysoko brwi.
- To nie była randka… Prosił, żebym pomogła mu z referatem –
wygładzam nieco fakty, licząc na to, że chłopak będzie mnie
krył. Jest mi coś winien za tą Ai!
- Od tego się zaczyna… - rzuca złośliwie Aurora, w tym samym
momencie, gdy mama mówi:
- A więc tak to się teraz nazywa…
Wzdycham ciężko i chowam twarz w dłoniach.
- Nie jesteś zła? Bo właściwie to mamy z Aurorą pytanie… -
zagajam od razu, postanawiając iść za ciosem.
- Tak, wiem. Impreza u Zoe. Dlaczego wy, młodzi, myślicie, że
dorośli ze sobą nie rozmawiają na wasz temat? - wzdycha,
dostrzegając nasze zaskoczone miny. - To był temat numer jeden,
zaraz po dyskusji o Murze.
- O Murze? - Aurora marszczy brwi, a Pen wzdycha ciężko.
- Zarząd zastanawia się nad stworzeniem faktycznej, fizycznej
bariery między Enklawą i Zamurzem. Ostatnio zauważono dużą
mobilność pomiędzy obiema stronami, a to nie jest dobry znak.
Wiecie, jak niebezpieczni potrafią być Odrzutkowie… Ale nie o tym
chciałam rozmawiać – rzuca przesadnie wesoło i zmienia temat. -
Co z tą imprezą?
- Mam wrażenie, że jesteś nią zainteresowana bardziej od nas… -
wzdycham, nie podejmując tematu Zamurza i Odrzutków.
- No od Aidy to na pewno – wtrąca Aurora. - Choć skoro będzie
tam Cico…
Rzucam w nią okruszkiem chleba, a ona śmieje się złośliwie.
- Rumienisz się!
- Wcale nie!
- Wcale tak!
- Aurora, ile ty masz lat?!
- Dobrze wiesz, że dziewiętnaście i dobrze wiesz, że bywam
dojrzalsza od ciebie.
- Dobrze, że użyłaś słowa „bywam”, bo o wiele częściej
bywasz rozkapryszona jak małe dziecko!
- Dziewczynki. - Pen przerywa nam tę typowo siostrzaną kłótnię.
- Nie hałasujcie. Muszę odpocząć, naprawdę mam do przemyślenia
parę spraw… Muszę znaleźć środki na budowę… Zresztą,
nieważne. Bawcie się jutro dobrze na tej imprezie, ja będę późno
w domu.
- Dobrze, mamo. Odpocznij – mówię łagodnym tonem, a Pen całuje
najpierw mnie, a potem Aurorę w czoło. - Dobranoc.
- Dobranoc, nie róbcie nic głupiego.
Gdy tylko zamykają się za nią drzwi sypialni, przenoszę wzrok na
siostrę.
- Koniec z wycieczkami na Zamurze. Jasne? - pytam, patrząc na nią
surowo.
Aurora wywraca oczami, co denerwuje mnie jeszcze bardziej.
- Mówię poważnie! Mam ci przypomnieć o tacie? - pytam, nieco
podnosząc głos, który zaczyna niebezpiecznie drżeć. - On też
traktował ich jak niegroźne zwierzątka, naszą nieco bardziej
prymitywną wersję... I jak to się skończyło? - W moich oczach
pojawiają się łzy.
- Aida... - Aurora poważnieje. Wydaje się nieco zawstydzona.
Kładzie mi rękę na ramieniu, ale zrzucam ją gniewnym gestem.
- To przez jego wycieczki na Zamurze, teraz jesteś półsierotą -
rzucam gorzko. - Jeśli chcesz skończyć tak samo, to twoja sprawa,
ale weź pod uwagę, że tego Pen mogłaby już nie przeżyć.
Zostawiam Aurorę na środku kuchni ze łzami na twarzy i zamykam się
w swoim pokoju. Być może trzeba nią trochę wstrząsnąć... Choć
żałuję, że muszę sięgać po tak drastyczne środki... dla nas
obu.
___________
Oto i my. Po raz kolejny. Jak Wam się podoba nasz nowy świat?
Coś nam ostatnio pasują klimaty post-apo :).
Dajcie znać, jeśli czytacie. Jeśli nie, też możecie :P.
Pozdrawiamy,
S&S
Oto i my. Po raz kolejny. Jak Wam się podoba nasz nowy świat?
Coś nam ostatnio pasują klimaty post-apo :).
Dajcie znać, jeśli czytacie. Jeśli nie, też możecie :P.
Pozdrawiamy,
S&S