poniedziałek, 12 sierpnia 2019

III

[Ciara]
Lillie niespokojnie rozgląda się przez całą drogę z Areny do naszego domu. Spotkanie z Tropicielami, jak widać, jeszcze nie całkiem poszło u niej w niepamięć… Może być tak, że nigdy nie pójdzie. Owen prowadzi ją za rękę, którą dziewczynka mocno ściska. Widzę po twarzy brata, że euforia spowodowana zwycięstwem w finałach, nie pierwszym i miejmy nadzieję, nie ostatnim, powoli z niego schodzi, a zastępuje ją zmęczenie. Lekki grymas na twarzy sugeruje, że ból powoli przebija się przez niknące pokłady adrenaliny. Zastanawiam się, dlaczego tym razem poszło mu tak… tak kiepsko. Zwykle Vince nie jest dla niego trudnym do rozgryzienia przeciwnikiem.
Wchodzimy do domu, gdzie Owen posłusznie siada na odrobinę rozchybotanym krześle. Późnowieczorne powietrze wpada do środka przez otwarte drzwi, nie mam powodu, aby je zamykać. Lubię mieszaninę zapachów, która jest charakterystyczna dla tego ulotnego momentu pomiędzy dniem, a nocą. Zapalam kilka świec i wyjmuję z szafki najpotrzebniejsze rzeczy. Ostrożnie badam nos brata, który na całe szczęście nie jest złamany. Nie umniejsza to jednak bolesności tego zabiegu. Lillie obserwuje go swoim dziecięcym spojrzeniem, pełnym uwielbienia.
- Do jutra będę gotów? - pyta Owen, kiedy opatruję mu pęknięty łuk brwiowy.
Będę zmuszona założyć tam ze dwa szwy. Unoszę brew, słysząc jego pytanie. Wygrał dzisiaj taką górę pieniędzy, że spokojnie mógłby zrobić sobie jeden cykl przerwy. Wzdycham bezdźwięcznie i kładę flakonik olejku z cynamonowca kamforowego na stół.
- Nie umrzemy z głodu, jeśli zrobisz sobie krótką przerwę. - Pokazuję mu na migi.
- Ale wyjdę z wprawy, moja marudo – odpowiada, jakby wcale dzisiaj nie został prawie zmasakrowany prze Vincenta.
Coraz bardziej utwierdzam się w przekonaniu, że Owen najzwyczajniej w świecie to lubi. Walki, adrenalina, dziewczęta mdlejące na jego widok… To wszystko musi być uzależniające. Musi działać na człowieka jak mleko makowe, pragnie się więcej i więcej. Jedno i drugie może zabić, ale uzależnienie od walk daje człowiekowi ułudne wrażenie nieśmiertelności. Mam wrażenie, że mój brat wierzy, że nic wielkiego nie może mu się przecież stać, że zawsze wystarczę ja i kilka roślinnych wyciągów. 
Spoglądam na Lillie i zastanawiam się, co z nią teraz zrobić. Już trochę za późno na powrót do domu. Tropiciele lubią czasami urządzić sobie małe polowanie po zmroku. Pokazuję dziewczynce, aby podeszła. Może się na coś przyda. Nasączam kawałek materiału olejkiem i nakładam na rozcięty łuk brwiowy brata. Muszę robić to szybko, bo ma on w zwyczaju szybko odparowywać. Później podaję tę szmatkę Lillie i pokazuję, że ma trzymać tuż pod raną, aby krew miała w co wsiąknąć. Ujmuję w dłoń igłę, którą dezynfekuję w ogniu świecy i zgrabnie zaczynam zszywać Owena. Brat lekko się krzywi, olejek nie jest idealnym środkiem znieczulającym, ale trzymam go mocno za włosy, aby się nie wiercił. Nie muszę wkładać w tę czynność zbyt wiele siły, nie pierwszy raz szyję Owena, więc jest on przygotowany na natężenie bólu, które się z tym wiąże. Wie też, że nie chcę go skrzywdzić. Wręcz przeciwnie, jest jedyną osobą na tym świecie, której nie poświęciłabym nawet za cenę własnego życia. Co innego Lillie. Prawda jest taka, że uratowałam ją przed Tropicielami nie z powodu empatii, czy altruizmu, po prostu inaczej mogłaby doprowadzić ich do mnie, mogłaby zdradzić moje położenie. 
Zakładam drugi szew, więcej nie będzie trzeba. Dezynfekuję i oczyszczam ranę spirytusem, który zdobyłam ostatnio z nielegalnej, domowej produkcji. Ale czy poza Horrendum produkcja czegokolwiek jest uważana za legalną?
- Rozbieraj się z koszulki. - Zwracam się do Owena.
Mój brat uśmiecha się z lekką złośliwością.
- Jesteś dziś bardzo bezduszna. Gdzie się podziała moja kochana siostrzyczka, która…? - Owen urywa, kiedy uderzam go w ramię zwiniętym ręcznikiem.
- Zaraz sam się będziesz opatrywać, bo bezduszna siostra jest już zmęczona – odpowiadam mu, mrużąc lekko oczy.
Kocham go najbardziej na świecie, co nie zmienia faktu, że to odrobinę rozpuszczony narcyz.
- Lillie mnie opatrzy. Prawda, ślicznotko? - Owen zwraca się do dziewczynki, która lekko się rumieni.
Ona też już jest zmęczona, widzę to. Strach, adrenalina, ekscytacja, wszystko to powoli przekształca się u niej w wyczerpanie.
- Ślicznotka idzie teraz spać – odpowiadam mu i łapię dziewczynkę delikatnie za ramię.
Prowadzę ją do mojej izby, gdzie pomagam jej przebrać się w jedną z sukienek, z których już wyrosłam. Wygodna z długimi rękawami w popielatym kolorze. Lillie posłusznie ją zakłada.
- Dziękuję – mówi i kładzie się na łóżku.
- Dobranoc. – Pokazuję jej gestem.
Dziewczynka okrywa się kocem i przymyka oczy.
- Dobranoc – odpowiada szeptem, kiedy wychodzę.
Owen siedzi już bez koszulki i bawi się wilczą jagodą, którą toczy po stole. Zupełnie nie wiem, skąd ma ten pożądany, aczkolwiek trujący owoc.
- Jedna z moich Lisic zaproponowała mi dzisiaj, że upiecze dla mojego przyszłego przeciwnika ciasto z tych słodkich jagód. - Owen podaje mi owoc.
- To mogłoby rozwiązać problem z opatrywaniem cię. Jeśli wszyscy twoi potencjalni przeciwnicy zostaną otruci… - mówię szybko.
- Zgłosiłem ją. Ma dożywotni zakaz wstępu na walki. Jeszcze podejrzenia padłyby na mnie i nie mógłbym startować – przerywa mi Owen.
Przysuwam sobie drugie krzesło, które już dawno nie ma oparcia, a jedna noga jest odrobinę krótsza. Siadam przed bratem i opieram czoło na jego mostku, a on przygarnia mnie ramieniem. Czuję wręcz fizycznie więź, która nas łączy. Ludzie tyle mówią o miłości, ale zwykle pomijają ten silniejszy nurt, ten dodatkowo wzmocniony więzami krwi, na rzecz fizycznego pociągu. Tamta miłość ma na celu jedynie przedłużenie gatunku, pierwotne pożądanie, nic nad to. Ale uczucie, które łączy rodzeństwo, czy to między matką, a dzieckiem… Tego nie da się tak łatwo wykorzenić. Nie da się kupić.
- To teraz mnie opatrzysz, kochana siostrzyczko? - pyta Owen, szczypiąc mnie w ramię.
Odsuwam się i spoglądam na niego zimno.
- Gdybym akurat stał w płomieniach, twoje spojrzenie byłoby bardzo pomocne. - Uśmiecha się złośliwie.
- Gdybyś miał mózg, też byłbyś mi bardziej pomocny – rzucam szybko i spoglądam na jego klatkę piersiową i brzuch.
Na żebrach widnieje mozaika różnokolorowych siniaków. Badam palcami każde żebro po kolei, aby nie przeoczyć żadnego złamania. Owen może mnie uważać za cudotwórcę w świecie opatrywania, leczenia i zielarstwa, ale nie odkryłam jeszcze rośliny, która leczy złamania, czy przebite płuca. Na całe szczęście wszystkie żebra mają się dobrze. 
Wdycham wpadający przez nadal otwarte drzwi zapach nocy, który miesza się z olejkami i wyciągami, których używam. Słyszę niedalekie dźwięki, przytłumione stąpanie. Przymykam oczy, aby lepiej je zlokalizować, aby rozpoznać potencjalne zagrożenie. Brzmi jak stado, zapewne wilków. Mija zaledwie sekunda, kiedy ich wycie utwierdza mnie w przekonaniu, że się nie pomyliłam. Nie zbliżą się do domu, zbyt wiele tu światła, języków ognia liżących świece, zbyt głośno… Mimo iż dla mnie to nie hałas. 
Kończę opatrywać Owena. Posługuję się głównie wyciągami z pomornika aby zniwelować krwawe wykwity i sińce. Odrobina olejku miętowego natomiast przynosi niewielką ulgę w bólu… daje odczucie chłodzenia. Później siadam na podłodze przy drzwiach, a mój brat siada tuż obok. Obejmuje mnie delikatnie ramieniem i całuje w skroń.
- Co ja bym bez ciebie zrobił? - pyta, ale jakby w przestrzeń.
Wzruszam ramionami i wtedy pierwszy, całkiem spory kształt przecina drogę wzdłuż naszego domu. Idealne ruchy łap, synchronizacja z pozostałymi osobnikami. Lśniące w ciemności ślepia… przez ułamek sekundy skierowane w moją stroną. Moje serce przyspiesza, a zwierze przysiada na tylnych łapach i wyje rozdzierająco, ale jakby… zaczepnie. To głupie, ale tak to dla mnie brzmi, jakby wilk rzucał mi wyzwanie, a ja nie mogę na nie odpowiedzieć. Ta chwila nie trwa nawet minuty, bo zwierzę podnosi się i rusza dalej w ślad za swoimi towarzyszami, za swoją watahą. Siedzimy tak jeszcze kilka chwil, aż w końcu Owen podnosi się ze stęknięciem i zamyka drzwi. Ruszam w ślad za nim do pokoju. Chłopak przysiada na swoim łóżku, na którym zwinięta w kłębek spokojnie oddycha Lillie.
- Nie zrobisz wyjątku i nie dopuścisz jej do siebie, prawda? - pyta mój brat, odgarniając blond włosy z twarzy dziewczynki.
Nie mam do niego żalu, że zadaje to pytanie. Jeśli człowiek czegoś nie doświadczył, trudniej mu postawić się na miejscu drugiej osoby. Nawet jeśli kogoś naprawdę kochamy, nie wiemy, co tak naprawdę siedzi w jej głowie. Być może, gdyby mojego brata spotkało coś podobnego, rozumiałby mnie w tym aspekcie. Chociaż każdy z nas jest wyjątkowy i jedyny w swoim rodzaju, reaguje na swój własny sposób, nie można wymagać, że każdy na świecie podejmie dokładnie taką samą decyzję i w ten sam sposób zmierzy się z jej konsekwencjami.
- Wiesz dobrze, że nie – odpowiadam mu beznamiętnie.
Owen przytakuje skinieniem i całuje mnie w czoło. Zaczął tak robić po tym felernym dniu, jakby bał się, że nie okazuje mi wystarczająco swojego przywiązania, swojego wsparcia. Układam się na swoim łóżku i obserwuję brata. Blizna w okolicy lędźwi przypomina mi, że przy pierwszej walce prawie stracił jakąkolwiek sprawność. Był taki młodziutki, uroczy z tymi jego czarnymi loczkami… kochany. A później życie zmieniło go w odpowiedzialnego, dorosłego mężczyznę. Szkoda, że przez Horrendum musiało to nastąpić tak szybko. 
Owen delikatnie przesuwa Lillie, aby zrobić sobie miejsce i kładzie się na plecach. Przykrywa szczelnie dziewczynkę, w nim zostały jakieś elementy altruizmu. Jemu Lisy nie odebrały czegoś na tyle ważnego, aby musiał się go wyzbyć. Nie rozumie jeszcze, że jedynie na siebie można liczyć, że kiedy dopuszcza się do siebie zbyt wiele osób są one jak kamienie przywiązane do nogi tonącej osoby. 
Obracam się plecami do brata i zasypiam.

***

[Aida]
- Szybko wczoraj zniknęłaś.
Cicero dopada mnie jeszcze przed wejściem na salę. Do szkoły chodzą zarówno Parnasi, Jaśni i Ciemni, ale my mamy osobne klasy, zazwyczaj po jednej na roczniku. Mamy też dodatkowe zajęcia w soboty, tak jak dzisiaj, na których uczymy się zarządzania Enklawą. Podobnie jak nasi rodzice, kiedyś zajmiemy wysokie urzędy państwowe. Musimy dobrze przygotować się do tej roli, by odpowiedzialnie zarządzać naszą społecznością, która zrzesza dużą część ocalałej po Potopie ludzkości. Poza naszymi granicami niewiele jest miejsc, gdzie wciąż możliwe jest życie.
Hamuję poirytowane westchnięcie i poprawiam torbę na ramieniu.
- Mówiłam ci, że nie lubię imprez. A poza tym, jakbyś nie zauważył, nie przepadamy za sobą z twoją siostrą, więc ograniczyłam tę wątpliwą przyjemność do minimum – odpowiadam chłodno.
- Teraz jest mi przykro, Ai. Musisz mi to wynagrodzić... - Blokuje mi wejście, opierając się barkiem o framugę drzwi i zaplata ręce na piersi. Nie da się nie zauważyć, jak mięśnie napinają się pod białym t-shirtem.
Oj tak, biały to zdecydowanie kolor Cico.
- Jeśli nadal będziesz mnie tak nazywał, to na pewno nic ci nie wynagrodzę – prycham. - Nie mówiąc o tym, że nie mam czego ci wynagradzać.
- Hmm, czyli jeśli zrezygnuję z tej uroczej ksywki, to mogę liczyć, że dasz się wyciągnąć dziś po zajęciach na kawę? - pyta, mrużąc oczy. - Znam dobrą kawiarnię w dzielnicy Ciemnych. Ja stawiam – kusi mnie dalej.
- Czy jeśli się zgodzę, to się ode mnie odczepisz? - wzdycham poirytowana.
- Jeśli się zgodzisz, to dasz mi szansę cię całkowicie oczarować i już ni będziesz chciała, bym się odczepił – odpowiada z szerokim uśmiechem, a ja wywracam oczami.
- Masz zbyt wysokie mniemanie o sobie.
- Ale to najprawdziwsza prawda!
Kręcę głową i przeciskam się obok niego do sali, bo zaraz rozpoczną się zajęcia. Wchodzi za mną i siada – jak to ma ostatnio w zwyczaju – na moim blacie.
- O szesnastej na głównym placu. - Puszcza do mnie oko i znika, by zająć swoją ławkę z tyłu.
Halo, czy ja w ogóle mam coś do gadania?!
Przez cały dzień chodzę poirytowana władczym zachowaniem Cicero, ale gdy kończą się zajęcia, mimo wszystko idę na główny plac. Chłopak już czeka, oparty nonszalancko o mur, jak zwykle wpatrzony w ekran swojego telefonu.
- Oślepniesz i dostaniesz garba, jak nie przestaniesz się bawić tymi głupimi gierkami – mówię zamiast powitania.
- Och, to poważny argument... - Odrywa wzrok od ekranu i chowa telefon do kieszeni. - Nie dość, że nie będę mógł na ciebie patrzeć, to nie będziesz mnie chciała takiego garbatego. – Robi przerażoną minę.
Wywracam oczami, ale nie ukrywam, że robi mi się miło. Komplement z ust kogoś takiego, jak Cico... Cóż. Nie jest znowu aż taka ostatnia, żeby dziwiło mnie, że mógłby być mną zainteresowany. Ale z drugiej strony, nie jestem zbyt towarzyskim typem osoby, a on zalicza się do tej popularnej części grupy. Zawsze w centrum uwagi i tak dalej... Totalnie nie te liga.
- Czego ty ode mnie chcesz? - pytam.
- Niczego. To znaczy, tak się składa, że akurat dziś mam biznes, ale tak poza tym to po prostu chciałbym czasem wyskoczyć z tobą na kawę – wyjaśnia.
- Jaki biznes? - pytam rzeczowo.
- Twoja siostra dobrze zna Figara, prawda?
- No, kumplują się. Jeśli pytałbyś mnie o zdanie, powiedziałabym ci, że koleś na nią leci i dlatego tańczy, jak ona mu zagra – wzdycham. - To się dla nich obojga źle skończy. A co?
- Potrzebuję się dostać na Zamurze. – Cicero ścisza głos.
- Ty też?! - syczę wściekłym szeptem. - Czy jestem jedyną osobą, której nie ciągnie na drugą stronę?
- Jeden raz, mam sprawę do załatwienia. Jednorazowo.
- Nie ma Muru, możesz po prostu wyjść z Enklawy i viola – jesteś na Zamurzu – przypominam mu. - W czym problem?
- Problem w tym, że potrzebuję pewną... roślinę. Tutaj jej nie dostanę, bo...
- Bo jest nielegalna – kończę domyślnie. - A Figaro ma do tego jakieś dojścia, czaję. Czemu z nim o tym nie porozmawiasz?
- Bo, delikatnie mówiąc, Fi za mną nie przepada. Nasi rodzice się nie lubią, a poza tym Zoe w dzieciństwie mocno mu dokuczała, głównie nazywała go grubaskiem... Mniejsza o to. - Cico kręci głową. - Fi lubi twoją siostrę, a ja lubię ciebie. Da się coś zrobić w tej kwestii?
- Jeśli natknę się na Figara, to mu wspomnę, że masz do niego biznes, ale na nic lepszego nie licz – stwierdzam w końcu łaskawie.
- Okej. - Cicero rozpromienia się, jakbym mu co najmniej obiecała złotą górę. - To co? Idziemy na tę kawę?
- Idziemy – wzdycham ponuro.
Obiektywnie patrząc, spędzamy miłe popołudnie w przytulnej kawiarni. Cicero nawet nie prosi o rachunek – kto śmiałby skasować syna pani prezydent? Nie uważam tego czasu za zmarnowany, kiedy nie próbuje mnie zdenerwować, jest całkiem sympatyczny. Walory estetyczne działają niestety na jego korzyść.
- Przyznasz się, dokąd uciekłaś? - pyta z ciekawością, gdy zamawiamy kolejną szarlotkę.
- Musiałam przypilnować siostry. Jak zwykle szukała guza. - Wzruszam ramionami.
- I znalazła?
- Owszem. Ja zresztą też – przyznaję niechętnie. - Ale to się więcej nie powtórzy.
Co prawda, dopóki nie skończę kuracji, ta mała wesz ma nade mną ogromną przewagę, ale nie dam się wciągnąć w jakieś szemrane interesy. Owszem, wygrana wczoraj kasa jest przyjemną rekompensatą wszystkich nieprzyjemności, które mnie tam spotkały, ale raz wystarczy. To nie mój świat.
Aurory zresztą też nie.
- Ale to akurat musimy powtórzyć, Ai. - Cicero bierze mnie za rękę, a ja mrożę go wzrokiem.
- A tak dobrze ci szło – prycham, jednak nie cofam dłoni.
- Naprawdę pasuje ci ta ksywka.
- Naprawdę to mi ona nie pasuje, a wręcz mnie drażni – odpowiadam.
- Lubię się z tobą droczyć, wyglądasz bardzo seksownie, kiedy jesteś poirytowana. - Cico mruży oczy i przygryza dolną wargę, przyglądając mi się lekko prowokująco.
Z wrażenia aż nie udaje mi się wymyślić żadnej sensownej riposty.
- Ha, udało mi się zbić cię z pantałyku! - woła ucieszony Cicero i nie wiem, czy powiedział to tylko po to, by mnie zagiąć, czy moje zaniemówienie jest tylko dodatkową konsekwencją.
- Nie wiem po prostu, jak można być aż tak zarozumiałym – wzdycham w końcu. - Muszę lecieć, mam jeszcze trochę rzeczy do zrobienia w domu. - Podnoszę się z krzesła i sięgam po torbę.
- Szkoda. Odprowadzę cię.
- Nie trzeba. - Kręcę stanowczo głową. - Co za dużo, to nie zdrowo.
- Popracujemy nad tym. - Mruży oczy, a ja wzdycham ciężko.
- Jakim cudem mieścisz się w drzwiach z takim rozdętym ego? - pytam retorycznie i wychodzę odprowadzona jego złośliwym uśmieszkiem.
W sumie mogłabym na niego całkiem ostro lecieć... gdyby tylko mnie tak bardzo nie irytował.
W domu panuje cisza i spokój. Pen napisała, że wróci późno, ale Aurora od dawna powinna być w domu. Zaglądam do jej pokoju, jednak nic nie wskazuje na to, że w ogóle była tutaj od rana. Dopiero w kuchni na blacie dostrzegam krótki, nabazgrany na serwetce liścik.

A.!
Wiesz, gdzie mnie szukać.
Całusy, A.

Klnę cicho pod nosem i mnę serwetkę w dłoni. Ta smarkula znowu polazła za Mur!
A co gorsza, liczy, że do niej dołączę. Gdyby tego nie chciała, nie zostawiałby listu, po prostu by poszła. A skoro postanowiła mnie o tym fakcie poinformować, to znaczy, że próbuje mnie tam ściągnąć. Wie, że ma nade mną władzę. Wiedza to potęga, wiem to doskonale.
Wie, że pójdę. Nie dlatego, że się o nią martwię, bo naprawdę zaczynam mieć dość jej wybryków, ale dlatego, że jeśli tego nie zrobię, bez wahania na mnie doniesie. Jeśli zaś pójdę, będę współwinna. Jeśli wpadniemy, to obie.
Sprytne zagranie, siostruniu.
Wzdycham ciężko i piszę do niej SMSa:
Aida: Tam, gdzie wczoraj?
Odpowiedź przychodzi po niecałej minucie.
Aurora: Tak. Zaczyna się za godzinę, zdążysz obstawić.
Raz jeszcze klnę pod nosem, zostawiam mamie wiadomość, że poszłam na randkę z Cicero i wychodzę z domu.
Aurora tego pożałuje. Oj, gorzko pożałuje.

***

[Ciara]
Budzi mnie delikatny dźwięk, coś jak drapanie. Uchylam powieki i oceniam porę dnia po niemrawych promieniach za oknem. Jest wcześnie i to nawet bardzo. Cicho opuszczam łózko i udaję się na poszukiwanie źródła dźwięku. Kolejny cichy odgłos, bliżej niż poprzednio. A więc idę w dobrym kierunku. Dociera do mnie również ciche skomlenie, tuż za drzwiami. Niepewnie uchylam je i zauważam na progu kupkę zakrwawionego futra. Błyszczące, rozszerzone oczy wilka, wpatrują się we mnie błagalnie. Czuję uderzenie nieprzyjemnego gorąca na twarzy. Zwierze ma obdartą ze skóry lewą tylną łapkę, a jego bok znaczy długie, głębokie rozcięcie. Dyszy ciężko, wiem że nie jestem w stanie nic zrobić. Ziarnka piasku w klepsydrze jego życia się kończą. Spogląda na mnie jeszcze raz, ostatkiem sił opiera pyszczek o moją nogę i umiera. Po prostu przestaje oddychać, a ja wymiotuję żółcią tuż obok jego ciała. Tylko Tropiciele robią coś takiego dla zabawy i chorej przyjemności. Chwilę później moim ciałem szarpie kolejna, tym razem bezowocna, torsja. To mogłam być ja, gdybym tylko zdecydowała się odprowadzić wczoraj Lillie, gdybym nie została w domu z Owenem.
W tej pozycji znajduje mnie mój brat. Ostrożnie bierze mnie na ręce i sadza na stołku w kuchni. Obserwuje mnie czujnie, stawiając wodę na napar ziołowy. Chwilę grzebie w mojej szafie z ziołami, robiąc mi tam bałagan, aż w końcu wyjmuje mieszankę. Na słoiku znajduje się karteczka, na której moim zgrabnym pismem wymieniony jest skład. Lawenda, rumianek, melisa, szyszki chmielu… i inne składniki, które, przynajmniej w teorii, mają ukoić zszargane nerwy.
- Dlaczego zareagowałaś… - urywa Owen.
- To byli Tropiciele – odpowiadam lekko drżącymi rękami. - Gdybyśmy z Lillie wczoraj… - Tym razem ja urywam.
Brat odgarnia mi włosy z twarzy i zmusza, abym na niego spojrzała. Rozcięcie, które wczoraj zaszyłam jest lekko opuchnięte, ale nie krwawi, nos wygląda nie najgorzej.
- Nie pozwoliłbym ci wyjść o tak późnej porze, a już na pewno nie beze mnie – stwierdza z lekko wyczuwalną urazą.
Oczywiście. Jak śmiałabym wątpić, że zawsze mnie ochroni, że przy nim nic złego mi nie grozi? Jude przynajmniej nie udawał, że nic nie może… Jak zwykle, kiedy tylko pomyślę to imię, moja klatka piersiowa zaczyna boleśnie pulsować. Odczucie jest podobne, do tego, jakby ktoś stopą silnie naciskał na mostek. Podobno właśnie tak boli złamane serce, ale skąd miałabym wiedzieć, skoro go nie posiadam?
- Owen? - Do pomieszczenia wchodzi zaspana Lillie, trąc oczy.
- Tak, skarbie? - Mój brat przykuca przed nią, zasłaniając jej pole widzenia.
Drzwi są nadal otwarte, a ciało skatowanego wilka nie jest tym, co przeciętna dwunastolatka chciałaby oglądać. Ale czy mnie kiedykolwiek ktoś zapytał, czy chciałam takiego losu? To, co robi właśnie Owen to bezsensowne trzymanie dziewczynki pod kloszem.
Wzdycham, widząc jego spojrzenie i wstaję, aby zamknąć drzwi. Już trochę ochłonęłam z pierwszego szoku. Żal mi zwierzęcia, nie życzyłam mu takiego końca, ale teraz nie ma już co nad tym płakać. Zamykam drzwi, a w moje nozdrza uderza zapach krwi zmieszany z moimi wymiocinami. Obrzydlistwo. Trzeba jak najprędzej zdjąć skórę z truchła, a resztę porzucić na Skrzypiących Mokradłach. Z doświadczenia wiem, że ciała rozkładają się tam bardzo szybko, a nikt o zdrowych zmysłach bez powodu ich nie odwiedza.
- Możemy zjeść jakieś śniadanie? – pyta nieśmiało dwunastolatka.
Wygląda uroczo w mojej starej sukience. Owen przytakuje jej i nawet mruga do niej jednym okiem. Nigdy nie zrozumiem jego motywacji, jego charakteru. Mój brat postanawia zrobić jajecznicę. Jajka i tak nie zachowują świeżości jakoś długo, więc ma to sens. Obserwuję, jak Owen z wprawą zajmuje się posiłkiem i postanawiam zdjąć skórę z martwego wilka, aby się czymś zająć. Lillie natomiast z ogromną uwagą i fascynacją towarzyszy mojemu bratu w przygotowywaniu posiłku. Wychodzę szybko i dyskretnie, aby dziewczynka mnie nie zauważyła, to niewielka przysługa dla Owena. Z załomu w murze wyjmuję swój najostrzejszy nóż, ten którym wykonuję właśnie takie precyzyjne oddzielanie skóry od mięsa. Przenoszę się z truchłem z dala od kałuży moich wymiocin i drobnymi, precyzyjnymi ruchami wykonuję swoją pracę. Ze względu na obrażenia, futro będzie warte mniej, niż mogłoby, ale zapewne i tak zostanie u nas. Kiedy jestem w połowie pracy, wychodzi do mnie Owen. Przykuca przede mną, jak chwilę wcześniej przed Lillie.
- Przypomina mi ciebie – mówi cicho.
Wzruszam ramionami, nie ma to dla mnie żadnego znaczenia. Ona mną nie jest, a ja nie jestem nią, nie mam zamiaru się zmieniać.
- Chodź, bo jedzenie będzie zimne. Później wyniosę resztę na Chwoszczkowe Mokradła. - Wskazuje niemal całkowicie pozbawionego skóry wilka. - Wiem, że dla ciebie odwiedziny tego miejsca to nic przyjemnego, więc ty odprowadzisz Lillie, dobrze?
Potakuję skinieniem i dokonuję ostatniego cięcia. Wstaję, a Owen spogląda mi w oczy i lekko dotyka mojego policzka.
- Zawsze będziesz na pierwszym miejscu. - Całuje mnie w czoło.
Posiłek okazuje się nie tylko sycący, ale również smaczny. Myślę, że jest to spowodowane masłem z Horrendum, które Owen dostał wczoraj od jego ulubionego Łabędzia. Po śniadaniu Lillie zmywa naczynia, a ja upewniam się, że mój brat jest zdolny stanąć dzisiaj do walki. Dezynfekuję zszytą ranę i nakładam maść, która przyspiesza wchłanianie na siniaki i krwiaki. Na koniec upewniam się, że nos na pewno nie jest złamany i przytulam się do niego mocno.
- Nie musisz wygrać. Nie daj się zabić – mówię mu szybkimi ruchami.
Później uśmiecham się do Lillie i gestem pokazuję jej, że musimy już iść. Owen na pożegnanie lekko ją przytula i pstryka w nos. Robił mi tak, kiedy byłam mała, zawsze wtedy na niego psioczyłam. Później Jude też lubił…
- Powodzenia. - Mrugam do Owena i wraz z Lillie wychodzę z domu.
Idziemy w milczeniu, nie najdłuższą, ale też nie najkrótszą drogą. Nie mam zamiaru odpowiadać z upadek dwunastolatki z skał, gdyby ta miała się pośliznąć. Lillie wygląda na szczęśliwą, urok osobisty mojego braciszka przyćmił chyba jej wspomnienia o Tropicielach. Szkoda, że coś tak błahego nie potrafi ukoić moich traum.
Nagle podbiega do mnie Miles, wygląda na przerażonego. Jako brat bliźniak Vincenta powinien, moim zdaniem, być bardziej do niego podobny. Obaj, co prawda, mają różnobarwne tęczówki i ciemne oczy, ale rysy ich twarzy są zupełnie inne. U Milesa mają mniej ostrych krawędzi, przez co chłopak wygląda sympatyczniej. Łapie mnie za nadgarstek. Jego spojrzenie pełne jest przerażenia.
- Ciara, proszę, musisz mi pomóc – mówi błagalnie.
Mam ochotę odpowiedzieć mu, że nic nie muszę, ale chłopak nie zna migowego. Wyrywam więc swój nadgarstek i zakładam dłonie na piersi.
- Błagam. Nic za darmo, zapłacę ci. Po prostu Vince… - Mężczyzna urywa i patrzy na mnie, niemalże ze łzami w oczach.
Proszę Lillie, aby na mnie zaczekała i pozwalam się prowadzić Milesowi. Gdzieś z tyłu głowy czuję lęk, sytuacja może się okazać pułapką, albo z innego powodu może się dla mnie źle skończyć. Moje serce zaczyna przyspieszać, a ja rozważam odwrót, kiedy zauważam Vincenta. Jego ciałem targają konwulsje, wygląda również, jakby się dusił. Próbuję wymyślić cokolwiek, co mogłoby spowodować taki efekt, ale nie mam pomysłu. Miles chyba czyta mi w myślach, ponieważ podaje mi jakby spłaszczone, brązowe nasiona.
- Szedł dziś na walkę i mówił, że tym razem nie może przegrać, a później, jak zwykle… Tylko kawałek, ale tym razem stwierdził, że musi być… Pomożesz mu? Błagam. - Miles szlocha, jak dziecko.
Niestety nawet, gdybym chciała pomóc, nie potrafię. Zaprzeczam więc ruchem głowy, podaję Milesowi nóż i odwracam się. Vincent i tak umrze w ciągu kilku godzin. Dawno nie widziałam, aby ktoś eksperymentował z kulczybą wronim okiem, zbyt łatwo było przesadzić. Niewielka granica dzieliła uzyskanie lepszych wyników na Arenie, od pożegnania się z życiem. Ale wyjaśniało to, dlaczego Vincent tak mocno sponiewierał Owena i prawie go pokonał.
Wracam do Lillie i bez słowa ruszam do wioski. Nie wchodzę do środka, tylko zostawiam dziewczynkę na ścieżce i odchodzę. Widzę tylko, jak Lillie biegnie w kierunku swojego domu, gdzie na powitanie, z wyrazem ulgi na twarzy, wychodzi jej matka. Wracam szybko, tym razem już urwiskiem. Ostrożnie stawiam stopy i zastanawiam się, czy Miles skrócił męki Vincenta, czy nadal patrzył, jak jego brat powoli umiera. Jak widać ich więź nie była wystarczająco silna. W inny wypadku Miles wybiłby Vince’owi ten pomysł z głowy… Być może on był powodem dla, którego… 
Otrząsam się z tych dywagacji, przecież to nie moja sprawa. Jeden rywal mniej dla Owena, lepiej dla nas. Przeciwnik wyeliminował się sam, na własne życzenie. Głupota. Ciekawe skąd miał kulczybę? Czyżby Ginevra wróciła?
Wchodzę do domu, Owen zaraz po pozbyciu się truchła, zapewne poszedł na Arenę. Dziś nie mam ochoty mu tam towarzyszyć. Dzisiaj zaczekam na niego w domu.

***

[Aida] 
Przed wejściem na Arenę czeka na mnie Figaro z kpiącym uśmieszkiem.
- Jeśli uważasz, że ujdzie wam to płazem, to się srogo mylisz – uprzedzam go lodowatym tonem i mijam ostentacyjnie. - Znam drogę.
Aurora stoi mniej więcej tam, gdzie ostatnio. Nawet nie zaszczycam jej spojrzeniem i staję parę metrów dalej. Stosuję się jednak do rad Figara i nie odzywam się do nikogo niepytana. Jestem tak wściekła, że z ledwością udaje mi się skupić na tym, co dzieje się poniżej.
A dzieje się, bo zaplanowane są dzisiaj aż cztery walki mężczyzn i cztery walki kobiet, na zmianę. Chwilę liczę w myślach, zastanawiając się nad słowami Figara i Aurory – skoro każda tura ma dziesięć etapów, a żeby przejść do następnej trzeba wygrać wszystkie poprzednie… Jakim sposobem to da się zorganizować? Przecież to by było…
- ...1024 uczestników pierwszej tury, a zatem 512 walk – podpowiada mi ktoś, stojący pół kroku za mną. - Nie powinnaś myśleć na głos, to niebezpieczne.
Odwracam się gwałtownie i z zaskoczeniem zauważam Hope, która lekko wzrusza ramionami, gdy ją rozpoznaję.
- Co ty tutaj robisz? - pytam, a ona zagryza wargę. Coś ją trapi. - To nie Aurora cię tu zaciągnęła – stwierdzam domyślnie.
Hope nie znosiła, kiedy moja siostra uciekała na drugą stronę Muru równie mocno jak ja, bo tak ja starała się unikać Zamurza ze wszystkich sił. Ja od pewnego czasu, starałam się tutaj nie zapuszczać szczególnie mocno… Jak widać, z odwrotnym skutkiem.
- Przyszłam ze względu na nią – mówi, wskazując głową na ring. Kobieta, która właśnie się na nim pojawiła wydaje mi się znajoma. Po chwili orientuję się, że Figaro mówił o niej, że to faworytka mojej siostry. - Nike. Dobrze jest nosić imię po bogini zwycięstwa, prawda?
- Kim ona jest? - pytam ciekawie.
Hope waha się przez dłuższą chwilę.
- To moja matka. Biologiczna.
Nie dodaje nic więcej, a ja nie wiem, co odpowiedzieć na te słowa. Wiem niby, że wśród niemowląt panuje segregacja – żadne dziecko nie może dorastać po niewłaściwej stronie Muru, w niewłaściwej dzielnicy. Niezależnie od tego, w jakiej rodzinie się urodzi, a działa to w obie strony. Niby wiem…
Ale to i tak szok.
- Wytłumaczę ci ten system, jeśli chcesz – Hope zmienia temat jak gdyby nigdy nic, a na ringu rozpoczyna się walka. - Ogółem Aurora trochę ci to uprościła. System pucharowy rozpoczyna się od ósmego etapu. Wcześniej to takie trochę każdy z każdym. Rozliczanie z etapów każdy ma indywidualne. Walczysz, dopóki nie odpadniesz. Możesz wtedy ponownie wejść do gry, ale zaczynasz od pierwszego etapu, co nie przeszkadza ci w trafieniu na przeciwnika, z którym walczyłeś na przykład na piątym etapie. Dopiero gdy się zbierze ośmioro uczestników na ósmym poziomie organizowane są ćwierćfinały w systemie pucharowym – wyjaśnia mi Hope. - Czasem trwa to dłużej, czasem krócej, ale potem walki planowane są tak, by finał wypadł w piątek. Żeby uniknąć przerw czasem jeszcze przed rozpoczęciem rywalizacji pucharowej zaczyna się następną turę. Jeśli chcesz, możesz wystartować od razu w następnej.
- Skomplikowane – stwierdziłam. - I wygląda na maraton jednej wielkiej jatki.
- Możesz w każdej chwili zrezygnować. - Hope wzrusza ramionami. - Zrobić sobie przerwę albo między turami, albo po odpadnięciu, albo w trakcie, ale wtedy oddajesz walkowerem. No chyba, że po progu bezwzględnym. Ogółem jak już trochę w tym siedzisz, to nie jest to takie trudne… - urywa, jakby orientując się, że powiedziała za dużo.
- Aurora wie? - pytam cicho.
- Nie wie, dlaczego czasem daję się jej tutaj zaciągnąć. - Kręci głową.
- A ona? - Wskazuję kobietę poniżej, która właśnie unosi pięść w geście zwycięstwa.
- Wie, kim jestem, ale nie chcę, by wiedziała, że tutaj bywam – odpowiada cicho Hope. - Raz z nią rozmawiałam i to było… trudne.
- To ktoś całkiem obcy – zauważam.
- Urodziła mnie, mając szesnaście lat. Nie chciała mnie, więc fakt, że okazałam się Parnasem, był dla niej błogosławieństwem. Nie musiała mnie porzucać, sami się o mnie upomnieli. Dla mnie, same korzyści.
Patrząc na to obiektywnie, otrzymanie podwójnie recesywnego genu było przepustką do lepszego życia. W drugą stronę, jeśli w Enklawie trafił wadliwy gen, również był szybko eliminowany, poprzez porzucenie niemowlaka na Zamurzu. Szanse na przeżycie miał nikłe, ale dzięki temu genotyp wciąż się oczyszczał. Naturalna selekcja.
- Jest dobra – zauważam. - Aurora ją lubi.
- I dużo na nią stawia. Dzięki temu dostaje całkiem niezłe wynagrodzenie – stwierdza Hope. - Muszę lecieć. Teraz kolej na facetów, tamten gostek wczoraj wygrał, jest niezły. - Wskazuje głową ciemnowłosego chłopaka, który właśnie wchodzi na ring.
Faktycznie, kojarzę go.
Ale bardziej martwi mnie, że moja siostra całkiem mocno wkręciła się w tę imprezę.
- Życie ci niemiłe? - Dopadam ją chwilę później, mocno łapiąc za ramię. - Od kiedy to sponsorujesz Odrzutków?!
- Od kiedy mogę na tym nieźle zarobić. - Aurora wywraca oczami. - Fi się na tym zna.
- Nie podoba mi się to – zaznaczam stanowczo. - Całe te twoje wycieczki na Zamurze…
- Tak? - przerwała mi ostro Aurora. - A ty to niby lepsza? Teraz się trzymasz z daleka, bo się sparzyłaś, ale tych tabletek nie bierzesz przecież dla zabawy, co? - rzuca mi w twarz.
W tej chwili, jak nigdy mam ochotę zamordować własną siostrę. Gdyby tylko wiedziała…
- To była… wyjątkowa sytuacja i niestety nie wszystko poszło po mojej myśli. Teraz muszę mierzyć się z konsekwencjami, które ty na dodatek wykorzystujesz przeciwko mnie. Co będziesz z tego mieć?
- Pomożesz Figaro w interesach – odpowiada. - Postaw na tego gostka, Owena, to ci wszystko wytłumaczymy.
Podążam za jej spojrzeniem na ring, gdzie chłopak zaczyna się rozgrzewać. Wczoraj postawiłam na niego i mi się opłaciło. Wyciągam z portfela pieniądze i podaje je Figaro, który pojawia się jak zwykle znikąd. Bierze banknoty i znika w tłumie, by po chwili wrócić z jakimś świstkiem papieru. Rozlega się gong i walka rozpoczyna się.
- No? - Zaplatam ręce na piersi. - Co to za układ?
- Mój… znajomy oszukuje przy zakładach, ustawiając walki – zaczyna Figaro, a mnie przypomina się sytuacja ze wczoraj i wściekły Parnas. - Trochę mi to bruździ, więc przydałoby się mieć czarnego konia. Tak na wszelki wypadek.
- Myślicie o tym całym Owenie? - prycham. - Kiepski z niego czarny koń, widać, że jest dobry. A z tego co wiem, cały sens posiadania czarnego konia polega na tym, by nikt się nie zorientował, że ma się asa w rękawie.
- Owszem o Owenie – odpowiada Aurora. - Chcemy, żebyś zaczęła go sponsorować. Stawiać na niego duże kwoty w walce. Opłaci ci się to, zyskasz jego wdzięczność. My nie możemy sobie na to pozwolić, bo jesteśmy tu już trochę znani… - Moja siostra wzrusza ramionami. - Kiedy zyskasz jego zaufanie, namówisz go, żeby czasem z premedytacją… przegrał. Oczywiście, w odpowiednim momencie.
- I oczywiście za pewnym wynagrodzeniem, tak? - dodaję domyślnie. - Chcecie, żebym pomogła wam ustawiać walki? - pytam wściekłym szeptem. - Chyba was rozum opuścił!
- Mój znajomy wie, co robiłaś na Zamurzu, Ai – mówi bardzo cicho Figaro.
Kurwa.
Tylko tego mi jeszcze brakowało. Zaraz cała Enklawa będzie wiedziała, czego panna Aida szukała poza Murem. I że znalazła tam jedynie guza. Dosłownie i w przenośni.
A na dodatek wszyscy podchwycili tę durną ksywkę od Cico!
Biorę oddech dla uspokojenia.
- Dobra. Spróbuję, ale nie obiecuję. Moje umiejętności społeczne są oględnie mówiąc, niskie – zaznaczam stanowczo. - A przy okazji, Figaro, Cicero ma do ciebie interes. Zdaje się, że nielegalny, więc powinno ci się spodobać.
- Synalek pani prezydent przechodzi na ciemną stronę mocy? Uuu… - gwiżdże Fi. - Dobra, się zobaczy. O proszę! - woła, wskazując na arenę, gdzie Owen unosi pięści w geście zwycięstwa. - Jesteś półtora tysiaka do przodu, Ai!
Zamorduję Cico.
- Idź do niego – żąda nagle Aurora. - Pokażę ci, jak się tam dostać.
Zerkam na nią podejrzliwie i uświadamiam sobie, że jej wczorajsza niepewność w poruszaniu się po Arenie była tylko grą, która miała mnie zmylić. Moja siostra czuła się tutaj jak ryba w wodzie, podobnie jak i Figaro.
Nic dobrego nie mogło z tego wyniknąć… ale ja przecież wcale nie byłam lepsza. Choć mną kierowały zupełnie inne pobudki.
Aurora prowadzi mnie schodami na dół, gdzie kłębi się mnóstwo Odrzutków, część z nich liże rany po walce, część do niej się dopiero przygotowują inni, głównie Jaśni i Ciemni, kibicują, dopingują obstawiają, bądź jedynie obserwują.
- Tam jest. - Pokazuje mi nieco osłonięty od wścibskich spojrzeń kąt, gdzie dostrzegam sylwetkę Odrzutka. Pochyla się nad nim jakaś blondynka, a ja marszczę nos, jednak zgodnie z radą siostry podchodzę bliżej.
- ...dwa tysiące, nie będziesz musiał walczyć przez kilka tygodni. Zastanów się, co, ci szkodzi?
- Dopóki ci się nie znudzę.
- Dostaniesz… wypowiedzenie. - Słyszę fragment rozmowy.
Domyślam się, o czym mówi Jasna. Niektórych Odrzutkowie fascynowali do tego stopnia, że traktowali ich niczym tanie prostytutki. Wystarczyło tylko skusić ich jakimś przedmiotem niezbędnej potrzeby, który w Enklawie był tani i łatwo dostępny, a na Zamurzu stawał się towarem deficytowym. Dla mnie jednak zbliżenie się do kogoś takiego było nie do pomyślenia.
- Jesteś obrzydliwa – mówię, stając za plecami Jasnej. Obraca się spłoszona. - Spływaj stąd.
- Tak, proszę pani. Nie wiedziałam, że pani…
- Wręcz przeciwnie. - Mrużę oczy. - Od pięciu sekund powinnaś być już poza zasięgiem mojego wzroku, sio! - Odpędzam ją gestem, a ona szybko znika w tłumie.
Przenoszę wzrok na chłopaka. Pod okiem rośnie mu właśnie sine limo, twarz w ogóle pozostawia wiele do życzenia, jeszcze pewnie nie doszedł do siebie po poprzedniej walce. Nawet nie zwraca na mnie uwagi, zajęty bandażowaniem swojego nadgarstka.
- Jeśli liczysz, że ci podziękuję…
- To ona powinna mi dziękować, że powstrzymałam ją przed splugawieniem się w taki sposób – odpowiadam.
Swoją drogą, świetny sposób, by zyskać jego zaufanie, prawda?
Mówiłam, że mam ujemne zdolności społeczne? Mówiłam. Ale przynajmniej jestem szczera.
- Przyszłaś mnie obrażać? - W końcu unosi głowę. Jego jasne oczy przewiercają mnie na wylot. W połączeniu z jego ciemnymi włosami, na dodatek posklejanych krwią, jest to tak niezwyczajny dla mnie widok, że aż przechodzi mnie dreszcz.
Nie jestem przyzwyczajona do stawania twarzą w twarz z takimi mieszańcami.
- Przyszłam zapytać, kiedy znowu walczysz – odpowiadam. - Drugi raz pod rząd opłaciło mi się stawianie na ciebie, nie chcę przerywać dobrej passy.
- Nie wiem. Na koniec wywieszą grafik na kolejny dzień, muszą się skończyć wszystkie walki – mówi burkliwie. - Możesz sobie sprawdzić.
Mrużę oczy. Jego pogardliwa postawa jest tak odmienna od sposobu, w jaki potraktowała mnie Jasna, że aż wzbudza coś na kształt… fascynacji. Ma czelność odzywać się do mnie w ten sposób i jest przy tym całkowicie bezkarny, bo Arena nie leży w naszej jurysdykcji, rządzi się własnymi prawami.
- Oboje zyskujemy na twoich wygranych, prawda? - zwracam mu uwagę. - Chcę, żebyś wiedział, że zawsze będę na ciebie stawiać… Nie chciałabym, żebyś zawiódł.
- Wszystko co robię, robię żeby przetrwać. Żeby moja rodzina przetrwała – odpowiada, wstając i patrząc mi prosto w oczy. Góruje nade mną nie tylko wzrostem, a ja nie jestem przyzwyczajona do tego, że ktoś patrzy na mnie z góry. - Twoje brudne pieniądze niczego nie zmieniają. - Zdaje się, że to koniec rozmowy, bo przepycha się obok mnie i rusza w nieznanym mi kierunku.
Aurora nie wzięła pod uwagę faktu, że obiekt jej zainteresowania może okazać się nieprzekupny.
Marszczę nos, choć zapach który do mnie dociera, kiedy Odrzutek mnie mija nie jest nieprzyjemny. Pot zmieszany z jakimś mydłem, ale taki… normalny. Lekko naładowany adrenaliną.
- Poczekaj! - wołam za nim, nagle podejmując decyzję. Tutaj nie mamy osłony przed wścibskimi spojrzeniami, ale postanawiam zaryzykować. Sięgam do torebki po dwa banknoty, dwie setki. - Weź to.
Wiem, że to prawie cztery razy więcej niż dostanie za tę walkę. Patrzy na mnie podejrzliwie, ale pieniądze w mojej dłoni zwracają jego uwagę i przyciągają wzrok. Rybka złapała haczyk.
- Za co to? - pyta z dystansem.
- Potraktuj to jako zaliczkę następnego zakładu – odpowiadam. - O ile oczywiście wygrasz.
Liczy w głowie ile musiałabym obstawić, by jego jeden procent równał się kwocie, którą mu teraz daję. Wychodzi... dużo. Zdaję sobie z tego sprawę, ale i tak już dużo ryzykuję. Najwyżej Aurora będzie mnie spłacać do końca życia. No, może roku.
- A jeśli przegram? - pyta, spoglądając na mnie podejrzliwie. Szuka haczyka. I dobrze kombinuje, bo czeka na niego nie tylko haczyk, ale ogromny hak. Jest jednak głęboko ukryty wśród intryg zaplanowanych przez moją siostrę.
- To nie dostaniesz honorarium, a ja stracę mnóstwo pieniędzy i będzie mi przykro. - Robię smutną minę. - Co ci szkodzi? - małpuję Jasną, co powoduje lekki błysk w jego oku. - To prezent, jakich pewnie pełno dostajesz od swoich fanek – dodaję.
- Żadna nie była tak hojna – zauważa, ale wyciąga rękę po pieniądze.
- Bo żadna z nich nie była Lisicą, prawda? - Unoszę brew, z premedytacją używając stosowanego po tej stronie Muru określenia.
Nic nie odpowiada na te słowa, tylko chowa pieniądze do kieszeni i odchodzi. Po paru krokach przystaje jednak i mówi:
- Jeśli myślisz, że mnie kupiłaś, to grubo się mylisz. - Znika w tłumie, nim zdążam coś odpowiedzieć.
To on się grubo się myli sądząc, że mi się to nie uda.
- Jak poszło? - pyta Aurora, gdy tylko docieram na górę.
- Wpadam w to bagno coraz głębiej. Dzięki tobie, siostrzyczko – stwierdzam kwaśno. - A i wisisz mi dwie stówki, które zainwestowałam w ten interes. Jak nie pójdzie po mojej myśli, to będziesz mi wisiała dużo więcej.
- Chyba śnisz – odpowiada z prychnięciem, co oznacza, że mogę pożegnać się ze zwrotem kosztów.
Resztę czasu na Arenie spędzam w milczeniu, nie rozmawiając z nikim. Zastanawiam się, czy ten plan ma w ogóle szansę powodzenia. Nie wiem, czy chcę głębiej wnikać z interesy Figara, ale skoro ten jego znajomy wie o mojej małej tajemnicy, jestem zmuszona zagrać w ich grę. Już przynajmniej wiem, skąd go znam...
Kiedy walki dobiegają końca, zauważam, że Figaro przygląda mi się z odległego kąta balkonu.
- Widzę, że złapałaś bakcyla, Ai.
- A ja widzę, że będziesz mieć później poważne kłopoty – odpowiadam. - Już ja tego dopilnuję.
- Wszyscy będziemy po uszy w kłopotach! - śmieje się, a ja niestety nie mogłam nie przyznać mu racji.
Wlazłam w to bagno z pełną premedytacją i zapadam się coraz bardziej i bardziej. Czy mam jeszcze szansę się z tego wygrzebać?
___________
Z poślizgiem, bo z poślizgiem, ale udało nam się dotrzeć z rozdziałem. Szejm on mi, oczywiście (~Szal). Mamy nadzieję, że się podoba, co złego, to nie my!
Do przeczytania później!
S&S

czwartek, 4 lipca 2019

II


[Aida]
- Zrobię ci makijaż.
Wzdycham ciężko, ale posłusznie zamykam oczy i oddaję się w ręce Aurory. Potrafi wyczyniać cuda z cieniami do powiek, szminką i mascarą. Jeśli o mnie chodzi – wolę malować na papierze, nie na ludziach. Ale co kto lubi.
- I tak pewnie wyjdę po godzinie – mamroczę.
- Jak zwykle – prycha. - Stanie ci się coś, jak się nieco zabawisz?
Otwieram oczy i rzucam jej spojrzenie z ukosa.
- Po prostu nie jestem zainteresowana. Idę tylko dlatego, że…
- Że Cico się zaprosił. Osobiście. - Wyraźnie podkreśla ostatnie słowo. - Gotowe.
Odsuwa się, a ja spoglądam w lustro i aż zatyka mnie z zaskoczenia.
- Coś ty zrobiła!? - wyduszam z siebie.
- Makijaż. Na imprezę. - Aurora wywraca oczami, a ja próbuję przyzwyczaić się do widoku w lustrze.
Mocno pogrubione i wydłużone rzęsy jeszcze bardziej rozjaśniają moje oczy, ciemnozielony i lekko błyszczący cień do powiek sprawia, że włosy wydają się jeszcze bardziej rude, a ciemnoczerwona szminka podkreśla bladość mojej skóry i wyostrza wzór piegów na moim nosie.
Na drugi rzut oka wygląda to nawet znośnie, gdy mija pierwszy szok. Na trzeci – nawet zaczynam się sobie podobać.
A na czwarty stwierdzam nieco nieśmiało, że Zoe może się ugryźć w swój chudy tyłek.
- Zapominasz o tym, że jej tyłek już wcale nie jest taki chudy – odzywa się Aurora, rzucając mi kilka swoich sukienek do przymierzenia.
Cholera. Czyli jednak powiedziałam to na głos?
- Masz coś, co nie błyszczy się jak przynęta na ryby? - pytam sceptycznie, przeglądając jej ciuchy.
- Jeśli szukasz worka pokutnego, to sorry, nie w mojej szafie – odpowiada złośliwie i podsuwa mi srebrzystą sukienkę. - Ta będzie w sam raz. Wkładaj, znajdę ci do tego dobre buty. Na szczęście masz ten sam rozmiar, co ja – wzdycha, nurkując w swojej przepastnej garderobie.
- Na szczęście będę mogła szybko stamtąd zwiać, jeśli nie będzie mi się podobać.
- Na szczęście tego nie zrobisz, bo będziesz bała się mnie zostawić samą – odpowiada, wracając z butami, które o dziwo wcale nie mają wysokiego obcasa. - Przecież wiem, że zabijesz się we wszystkim, co ma więcej niż pięć centymetrów. - Na widok mojej miny, Aurora wywraca oczami i podaje mi baleriny. - Wychodzimy za dziesięć minut, nie wypada się spóźnić.
- Jesteś już dorosła, zostawię cię bez wahania, jeśli przestanie mi się podobać – rzucam jeszcze i wychodzę, by się przebrać.
Zgodnie z przewidywaniem, mimo iż jesteśmy na czas impreza trwa już w najlepsze.
- Ta zołza podała mi złą godzinę! - wścieka się Aurora.
- To nieważne… zresztą Cicero powiedział to samo, pewnie część i tak przyszła wcześniej. Nie marnuj energii na Zoe – wzdycham, przekraczając próg. - Okej, czas udawać, że dobrze się bawię.
- Cała Aida. - Aurora wywraca oczami i natychmiast znika mi z oczu. No tak, darmowe drinki same się nie zlokalizują.
- Siema, Ai! - Czuję lekkie klepnięcie w ramię. - I nie wywracaj oczami, okej? To ponoć niezdrowe.
- Po pierwsze, to bujda – odpowiadam, odwracając się w kierunku Cicera i hamuję odruch wywrócenia oczami w połowie. - A po drugie, tłumaczyłam ci już, że masz do mnie tak nie mówić.
- Bo? - pyta zadziornie, unosząc brew i zerkając na mnie spod ronda swojego nieodłącznego białego kapelusza typu panama.
- Bo nie jestem sztuczną inteligencją. - Mrużę groźnie oczy. - A przede wszystkim: nie życzę sobie tego.
- I od tego należało zacząć, moja droga. Jednak potrafisz być stanowcza i asertywna, jeżeli chcesz. - Uśmiecha się szeroko. - Piwa? - Wyciąga w moim kierunku butelkę.
- A to co niby miało znaczyć? - Zakładam ręce na piersi.
- Nic, liczyłem po prostu, że pokażesz pazurki… teraz wiem, że jakieś w ogóle masz. To piwo jest bezalkoholowe – dodaje, jak gdyby nigdy nic. - Zoe mówiła, że nie pijesz.
- Zoe wie o mnie zaskakująco dużo jak na osobę, która mnie szczerze nie znosi.
- Nie chodzi o ciebie, tylko o twoją siostrę – wyjaśnia Cicero. - Czuje się zagrożona. A gdy czuje się niepewnie – atakuje.
- Myślę, że dużo prościej i szybciej byłoby, gdybyś od razu nazwał ją żmiją – prycham. - I nie myśl sobie, że przez to zapomnę, że przed chwilą sam przyznałeś, że paskudnie ze mną pogrywałeś!
- Przyznaj, że podobało ci się to przezwisko. - Uśmiecha się łobuzersko.
- Ani trochę. - Kręcę głową.
- Okej, wymyślę coś lepszego…
- Pomogę ci. - Klepię go lekko po ramieniu. - Myślę, że najlepsza będzie… Hmm… - Mrużę oczy w udawanym zamyśleniu. - O, wiem! Aida. Ładnie, prawda? - pytam z ironią.
Cicero przygląda mi się przez chwilę w całkowym milczeniu, po czym nagle poprawia kapelusz i wyciąga do mnie rękę.
- Tańczymy.
- Brakuje mi pytającej intonacji w tym zdaniu – odpowiadam sceptycznie.
- Bo to nie było pytanie. - Łapie mnie za nadgarstek z lekko złośliwym uśmiechem i wciąga w roztańczony tłum.
- Ja nie tańczę! - syczę mu prosto do ucha, kiedy przyciąga mnie bliżej siebie.
- Nie? To jak niby nazwiesz to, co teraz robisz? - Unosi pytająco brew, a ja prycham jak wściekła kotka.
Okej, zmieniam zdanie. Cicero może być sobie największym przystojniakiem w całej Enklawie, ale i tak gra mi na nerwach.
...myślę, że dałabym radę to tolerować.
- Przyjście tu było błędem. Zmywam się… gdy tylko łaskawie mnie puścisz.
- Aż tak źle się bawisz? A poza tym – dasz mojej siostrze taką satysfakcję? Chyba właśnie po to się tak wystroiłaś? - Znów mierzy mnie wzorkiem. - Zresztą… bardzo do twarzy ci w tej sukience.
- Podziękuję tylko dlatego, że tak wypada: dzięki – sarkam. - Piosenka się skończyła. Mogę iść?
Cicero wzdycha, ale puszcza moją rękę.
Rzucam mu szybkie spojrzenie przez ramię i zgarniam butelkę bezalkoholowego piwa. Że też Zoe musi wszystko wywęszyć…
- Ty? Pijesz?
Oho, o wilku mowa.
- Twój brat załatwił mi bezalkoholowe. Smak piwa, zero alkoholu. I zero kaca na następny dzień – odpowiadam, uśmiechając się nieszczerze do gospodyni.
- To urocze z jego strony. - Wydyma usta w kolorze krwistej czerwieni. Jej lodowato niebieskie oczy przewiercają mnie na wylot.
Dziwię się, że jeszcze nie dostała angażu w moich koszmarach z tym wzrokiem.
- Jeśli szukasz Aurory…
- Nieee… Nie potrzebuję twojej siostry. Przyszłam tylko cię ostrzec, Ai. - Podchodzi krok bliżej, a ja zaciskam mocniej zęby słysząc to przezwisko. Jeżeli się przyjmie, to z zimną krwią zamorduję Cicero. Serio. - Trzymaj się z dala od mojego brata, jasne?
Wybucham śmiechem prosto w jej twarz.
- Wierz mi, że bym chciała, stał się ostatnio strasznie natrętny. Może jemu to zaproponuj, hm? - sugeruję ze sztucznym uśmiechem. - Bo to on skraca dystans, nie ja.
- Więc może powinnaś się zastanowić, po co to robi. Co będzie z tego mieć? - szepcze Zoe tak cicho, że ledwie jestem w stanie ją usłyszeć.
- Wiesz? - pytam, biorąc się pod boki. - Nie wszyscy ludzie są tacy jak ty, Zoe. Nie wszyscy robią coś tylko dla zysku.
- Och, kochana… Wszyscy tak robimy. Taka już jest nasza ludzka natura. - Uśmiecha się czarująco i poklepuje mnie po ramieniu. - Na zdrowie. - Pstryka palcem w szyjkę mojej butelki. - Długo jeszcze będziesz brać te tabletki?
Odchodzi, nim zdążam wymyślić jakąkolwiek ripostę. Wyję z wściekłości w myślach i próbuje odszukać wzrokiem Aurorę. Mam dość. Ale wbrew temu, co jej powiedziałam przed wyjściem, nie chcę jej zostawiać.
Tylko, gdzie ona, do cholery, jest?

***

[Ciara]
Otwieram oczy i spoglądam w okno. Jasna łuna na niebie sugeruje, że jest jeszcze przed wschodem słońca. Zamykam oczy i ponownie próbuję pogrążyć się we śnie, ale nie przynosi to żadnego skutku. Wzdycham, chociaż jak zwykle jest bezdźwięczne wzdychanie, a następnie wstaję powoli z łóżka. Wyjmuję ze skrzyni krótki top w kolorze lazurowego błękitu i białe, krótkie szorty. Wymieniłam się za nie jakieś dwie wiosny temu. Miałam wtedy nadmiar bardzo pożądanego wyciągu z maku lekarskiego, a na to zawsze znajdą się jacyś chętni… tak, jak na wilczą jagodę, ale akurat belladonną nie handluję, nie chcę mieć nikogo na sumieniu. Chyba, że owoce miałby być przeznaczone dla jakiegoś Lisa, wtedy mogłabym się nad tym zastanowić.
Wchodzę do kuchni, w której nadal panuje lekki półmrok i wyjmuję z szafki, zioła, kwiaty oraz inne surowce, które potrzebuję odpowiedniego przetworzenia. Zabieram również torbę wypełnioną po brzegi szklanymi pojemniczkami różnego kształtu i rozmiaru, oraz innymi niezbędnymi narzędziami. Wychodzę na ławeczkę przed dom, gdzie delikatny brzask daje mi lepsze światło. Zabieram się powoli za tak dobrze znaną mi pracę i wykonuję kolejne czynności niemalże automatycznie. Mimo delikatnego, przyjemnego wiaterku i drobnych kropelek rosy na trawie, już można się spodziewać, że dzień będzie niezwykle upalny. A to oznacza, że będę dziś zmuszona udać się na pole dużo wcześniej, w godzinach, kiedy słońce jeszcze nie dotrze w to miejsce. Zwijam włosy w ciasny węzeł, tuż nad karkiem i zabezpieczam go wstążką. Przy takiej temperaturze, moje długie do pasa włosy, to nie jest najlepsze rozwiązanie.
Nagle zauważam ruch w polu mojego widzenia. Spoglądam w tamtym kierunku i chwilę mrugam, aby upewnić się, że nie jest to urojony widok. Kawałek dalej kuleje niewielka sarna. Przyglądam się jej dłuższą chwilę i upewniam się, że zwierze jest zbyt zmęczone i poranione, aby uciec. Odkładam swoje dotychczasowe zajęcie na później i zabieram nóż. Nie jest tak, że nie mam w takich chwilach dylematu. Jednak w przeciwieństwie do Lisów, którym zdarza się polować w Uroczysku dla rozrywki, chociaż zupełnie nie rozumiem, jak zabijanie może sprawiać przyjemność, ja nie mam wyboru. Litość i głód, albo pozbawienie życia niewinnego stworzenia, ale pełen żołądek. Gdyby nie instynkt przetrwania, zapewne nigdy nie znalazłabym w sobie wystarczającej siły, aby zrobić coś takiego. Wydaje mi się, że jak na Odrzutka jestem słabo zdeprawowana. 
Podchodzę coraz bliżej, a sarna nawet nie drga. Leży w trawie i po jej oczach widzę, że nawet gdybym postanowiła ją oszczędzić, jej minuty są już policzone. Precyzyjnym ruchem skracam jej męki i przez krótką chwilę słyszę tylko głośne bicie mojego serca. Nawet śpiew ptaków przestaje docierać do moich uszu. To moja pierwsza sarna. Wcześniejsze Owen kupował w wiosce, jedną upolował sam, ale dla mnie to zupełnie nowe doświadczenie. W jakimś stopniu podobne do łapania zajęcy na obiad, ale pod innymi aspektami zupełnie różne.
Nagle czuję czyjeś dłonie na moich ramionach, więc odwracam się gwałtownie, wysuwając, ociekający krwią, nóż przed siebie. Owen z głupawym uśmieszkiem wyjmuje mi go z dłoni.
- Co się tak szczerzysz? - Szturcham go w ramię.
- Bo miałaś taką minę, że nie mogłem się powstrzymać. - Poklepuje mnie po głowie. Zupełnie jakbym była małym dzieckiem. - Na dodatek byłaś w jakiś dziwnym transie, bo nie słyszałaś, jak wołam twoje imię.
- Zastanawiałam się, jak ukryć to całe jedzenie, abyś nie zeżarł go od razu. - Szybkimi ruchami dłoni rzucam w niego ripostą.
- Taka wyrodna siostra mi się trafiła – biadoli Owen. - Ja tu poświęcam się na Arenie, a ona żałuje mi jednej małej… - przerywa, kiedy uderzam go w ramię.
Pierwszy szok już minął. Kolejny kamień milowy mojego życia.
- Wszyscy dobrze wiemy, że walki cię kręcą – wytykam mu z udawaną naganą.
Brak zdolności mowy sprawił, że moja mimika i gestykulacja są niezwykle wyraźne i bardziej ekspresywne.
- Dobra, marudo. Idź załatwić swoje sprawy, dziś walki są wieczorem, więc zajmę się tym cudownym zwierzęciem, które wspaniałomyślnie dla nas upolowałaś. - Kłania mi się prześmiewczo.
- A tak, finały – wzdycham bezdźwięcznie. - Może w końcu uda mi się poderwać jakiegoś prawdziwego wojownika… - Tym razem ja jestem zmuszona uciąć, kiedy Owen pstryka mnie w ucho.
Mrużę lekko oczy, aby okazać mu swoje wzburzenie, a później odwracam się gwałtownie na pięcie i wracam do domu. Szybko sprzątam po zajęciu, które wykonywałam, nim sarna zwróciła moją uwagę. W domu pakuję niewielki, płócienny worek, który można nosić jak plecak. Do środka wkładam ceramiczną butelkę na wodę - po Potopie ludzie zupełnie zrezygnowali z plastiku oraz innych tworzyw sztucznych - woreczek z nasionami, który zdobyłam od Vincenta oraz płócienną torbę, na rośliny i zioła, które mogę napotkać podczas wędrówki.
Wychodzę przed dom i chwilę obserwuję brata, który bez większego wysiłku ciągnie moją zdobycz na nasz teren. Drobne kropelki potu na jego czole są jedyną sugestią, że jest to ciężkie zajęcie. W końcu martwe zwierze z całym impetem ląduje przed kamiennym schodkiem, na którym stoję. Unoszę lekko brwi i spoglądam na Owena. Uśmiecha się do mnie głupkowato, a jego jasnobłękitne oczy rozświetlają iskierki.
- Wiesz, że nie zjemy całości, nim zdąży się zepsuć – zauważa.
Potakuję skinieniem głowy.
- Coś mi się wydaje, że trochę zarobimy w wiosce. - Mruga do mnie.
Kręcę głową z lekkim niedowierzaniem. Następnie stopniowo narastająca duchota przypomina mi, że mam jeszcze coś do zrobienia. Spoglądam, mrużąc oczy, w stronę słońca. W końcu całuję Owena w policzek i ruszam przed siebie.
- Uważaj na siebie – prosi mnie jak zwykle… od tamtego dnia.
Posyłam mu tylko uśmiech, który wyraża moją wdzięczność i ruszam dalej.  


***

[Aida]
- Hope? Hope! Widziałaś Aurorę? - pytam, gdy udaje mi się złapać dziewczynę za ramię.
- Była z Figarem koło basenu, a co? - odpowiada zaskoczona.
- Dobrze wiesz, że moja siostra i Figaro to mieszanka wybuchowa. Nie ma ich tam, sprawdzałam przed chwilą – mówię, zagryzając mocno wargę. Aurora oczywiście nie odpisuje na moje wiadomości.
- Myślę, że ta impreza to tylko przykrywka – odzywa się cicho Hope. - Aurora pewnie liczyła, że będziesz zajęta Cicerem lub próbą cichego wymknięcia się stąd, jak zawsze, zresztą, więc będzie mogła zniknąć ci z zasięgu wzroku łatwiej niż zazwyczaj.
- Co masz na myśli? - Spoglądam na nią uważniej.
- Figaro zrobi wszystko, żeby jej zaimponować… A dobrze wie, że ciekawią ją te walki na Zamurzu. Dziś piątek, będą finały.
Klnę pod nosem i odstawiam wypitą do połowy butelkę piwa na pokrywę białego fortepianu.
- Dawno zniknęli? - pytam.
- Myślę, że łatwo ich dogonisz – odpowiada Hope, uciekając wzrokiem.
- Wiedziałaś – mówię z zawodem. - Wiedziałaś, co planuje, a mimo to jej nie powstrzymałaś?
- Nie posłuchałaby mnie. Nie mogłam iść z tym do ciebie… To moja przyjaciółka.
- Tak, tak. Lojalność, czaję. Przysięgi paluszkowe i inne takie. - Wywracam oczami. Po raz kolejny dzisiaj.
A jeśli Cico ma rację i to naprawdę jest niezdrowe?
Odganiam prędko tę myśl i skupiam się ponownie na Hope.
- Byłabyś lepszą przyjaciółką, gdybyś nie pozwalała jej pakować się ciągle w kłopoty. I to wciąż te same. Czy żadna z was nie uczy się na błędach? - prycham.
- Aida. Czy ty miałaś kiedyś kogoś bliskiego? Kogoś, kogo mogłabyś nazwać przyjacielem? - Patrzy na mnie z uwagą, a ja przez chwilę analizuję jej słowa.
- Nie. Od tego mam siostrę. Której zafunduję szlaban do końca roku, jak tylko ją znajdę. Miłej zabawy, Hope – dodaję nieco sarkastycznie i szybko wychodzę z imprezy.
Jeśli Figaro faktycznie zabrał Aurorę na walki, to musieli skorzystać z południowego przejścia na Zamurze, tamtędy jest najbliżej. Nie sądzę, by wzięli sobie do serca moje ostatnie słowa w kwestii przewidywalności ich ruchów.
I, jak zwykle, mam rację.
Dopadam ich tuż za Murem, na granicy pierwszych zabudowań. Ponoć Zamurze ma nawet jakąś nazwę na ten kawałek ziemi, ja jednak potrafię rozróżnić jedynie Arenę. Rzuca się w oczy. To duży, owalny budynek bez okien. W każdym razie te nieliczne, które kiedyś tam istniały zostały zamurowane bezładnie poukładanymi kamieniami zlepionymi gliniastym substytutem zaprawy murarskiej. To zresztą jedyny betonowy budynek na Zamurzu. Mawia się, że to jeden z bunkrów który przetrwał Potop i to stamtąd pochodzi nasza populacja. To w nim Kratz obserwował zachowania ludzkie, które pomogły mu stworzyć teorię, która jest podwaliną znanego mi świata.
Ale – być może to tylko legenda. Dziś Arena jest tylko tym, na co wygląda. Miejscem nielegalnych walk, które są jedyną rozrywką i nieomal jedynym źródłem dochodu po tej stronie Muru.
Mieszkańcy Enklawy zresztą też potrafią się tu wzbogacić.
- Aida. - Aurora wywraca oczami, kiedy ich doganiam. Figaro dyskretnie odsuwa się na bezpieczny dystans. - Miałaś wyrywać Cicero. I wkurwiać Zoe.
- A ty miałaś więcej nie przechodzić przez Mur – odpowiadam lodowatym tonem. - Wracamy do domu.
- Jeśli nie pozwolisz mi iść, to powiem mamie o tabletkach.
Zamieram z wpółotwartymi ustami, zupełnie zaskoczona. Nie spodziewałam się, że Aurora sięgnie po taki argument, to przecież chwyt poniżej pasa!
- Będziesz mnie tym szantażować za każdym razem, gdy będziesz chciała się wymknąć? - cedzę przez zęby.
- Dopóki będą w domu dowody na moje słowa. - Zakłada ręce na piersi. - Możesz iść z nami. Będzie dobra zabawa.
- Tutaj? - pytam z powątpiewaniem, licząc że temat tabletek nie wypłynie ponownie, a przynajmniej, że Aurora choć na chwilę o nich zapomni.
Wbrew pozorom, to nie jest takie najgorsze rozwiązania.
- Sama zobaczysz. - Do rozmowy nagle dołącza się Figaro. - Jak już poczujesz ten klimat, to będziesz wpadać regularnie.
- To jest właśnie coś, czego pragnęłabym uniknąć – mruczę, ale kiwam głową. - Dobra, pod warunkiem, że to ostatni raz…
- ...w tym tygodniu – wchodzi mi w słowo Aurora. - Będę chodzić na cotygodniowe finały, a ty będziesz się mogła truć, bez wiedzy Pen.
Otwieram usta, ale jeszcze szybciej je zamykam i kiwam potakująco głową na zgodę.
Nie wiem, jak wytłumaczyć siostrze, że nie wszystko jest takie, na jakie wygląda.

***

[Ciara]
Dziś kieruję się w stronę wioski, a nie, jak zazwyczaj, Białodrzewiego Gaju. Powoli, bardzo ostrożnie wspinam się po skalistej ścianie. Kilka drobnych kamieni usuwa mi się spod stóp, ale nie pozwalam im mnie rozproszyć.
W końcu, po kilku minutach wspinaczki, wdrapuję się na ubitą ziemię. Siadam na krawędzi, aby odzyskać oddech i jednocześnie obserwuję roztaczający się widok. Piękno krajobrazu psują jedynie nienaturalne, nie pasujące do reszty, zabudowania Horrendum. Rosnąca temperatura powietrza, ponownie ponagla mnie do dalszej wędrówki. Przemierzam drogę przez wioskę, która o tej godzinie jest jeszcze dość ospała, kiedy drogę zabiega mi dwunastoletnia dziewczynka. Ma czerwoną sukienkę na grubych ramiączkach, która sięga jej przed kolana. Jej ciemne, lekko skośne oczy, pilnie mi się przyglądają. Drobny powiew wiatru rozwiewa jej blond włosy i przyjemnie owiewa moją twarz.
- Mogę ci dzisiaj pomóc? - pyta melodyjnym głosem.
Ma na imię Lillie. Poznałam ją pół roku temu i pozwoliłam odciążyć mnie na polu. W zamian za to zapłaciłam jej uczciwie za pracę, którą wykonała. Za pieniądze kupiła sobie i swojej rodzinie jedzenie. Później pozwoliłam znowu, aby mi pomogła. Tym razem kupiła sobie właśnie tę czerwoną sukienkę.
Tylko Lillie może mi pomagać i tylko jej daję za to wynagrodzenie. W końcu przetrwanie jest najważniejsze, prawda? Żadne z dzieci nie wpadło przed nią na pomysł, aby zaproponować mi swoją pomoc, więc dlaczego oni również mieliby korzystać z tego przywileju?
Skinieniem głowy informuję ją, że dziś nie mam nic przeciwko jej obecności. Dziewczynka uśmiecha się promiennie i rusza raźnym krokiem w dobrze znanym nam obu kierunku. Co jakiś czas Lillie wesoło podskakuje, albo zaczyna gonić jakiegoś szukającego pożywienia ptaszka. Dziewczynka emanuję pełnią szczęścia i młodości. Nawet życie w warunkach, które panują poza Horrendum nie jest w stanie tego w niej zabić. Jesteśmy twardsi, niż wydaje się wszystkim wybrańcom Kratza. Ale kto miałby wiedzieć lepiej, jak trudno nas złamać, jeśli nie ja? W końcu umiejętność porozumiewania się nie jest czymś, z brakiem czego tak łatwo funkcjonować.
Lillie czeka na mnie przy jednym z głazów, zjadając jabłko, które zerwała z pobliskiej jabłoni. Z jej brody skapują strużki soku. Jej rodzice nie są z nią spokrewnieni. Dziewczynka urodziła się po drugiej stronie Muru. Ale w Horrendum potraktowali ją jak odpadek i trafiła do Uroczyska. Jedynym sposobem na uratowanie takiego dziecka jest jak najszybsze znalezienie kobiety, która będzie w stanie je wykarmić. Brat Lillie, rodzony syn jej rodziców, miał zaledwie trzy miesiące. Para bez zbędnych oporów zgodziła się przygarnąć Odrzutka zza Muru.
- Owen będzie dzisiaj walczył w finałach? - pyta mnie z nieskrywanym podekscytowaniem.
Duża część młodszych mieszkańców Uroczyska traktuje osoby walczące na Arenie jako swego rodzaju osobistość. Większość zawodników, ma swoich sympatyków zarówno po jednej, jak i drugiej stronie Muru. Arena ma to do siebie, że jest jedynym miejscem, gdzie naprawdę mieszają się oba społeczeństwa. Lisy, Łabędzie i Sokoły nie mają zbytniego wyboru, w końcu są na naszym terenie. Jeśli nie podobają im się zasady panujące na Arenie, nikt nie każe im się tam zjawiać.
Potakuję skinieniem, udzielając tym sposobem odpowiedzi Lillie.
- Będziesz tam dzisiaj, aby kibicować? - zadaje mi kolejne pytanie, odrzucając za siebie ogryzek.
Pokazuję jej gest, którego używam do potwierdzania i po minie dziewczynki wiem, że teraz nie da mi spokoju.
- Zabierzesz mnie ze sobą? - pyta, wpatrując się we mnie błagalnie. - Możemy to potraktować jako zapłatę – proponuje.
Wznoszę oczy ku niebu, a dziewczynka łapie mnie za rękę i nadal wpatruje się z prośbą wypisaną na twarzy. Jeśli zrobię jej tę przysługę inne dzieci będą jej zazdrościć. Wzdycham bezgłośnie.
- Zastanowię się – odpowiadam jej wolną dłonią.
Dziewczynka mruży oczy i chwilę intensywnie myśli.
- To znaczyło, że o tym pomyślisz, prawda? - pyta w końcu, trochę niepewnie.
Potakuję, a Lillie się rozluźnia. Z lekkim uśmiechem znowu mnie wyprzedza. Na szczęście mam jeszcze sporo czasu, aby zdecydować, czy zabiorę dziewczynkę na finały, czy zwyczajnie jej odmówię. Wciągam do płuc zapach ciepłego powietrza wymieszanego z wonią rosnących opodal róż. Lillie podbiega do jednego z krzaków i zrywa mocno czerwony kwiat. Wsuwa nos pomiędzy aksamitne płatki, a później umieszcza różę we włosach, tuż nad lewym uchem. Dziewczynka przystaje kawałek dalej i upewnia się, że nie zgubiłam się po drodze, zupełnie jakby to ona mnie gdzieś prowadziła. Podchodzę do niej i zauważam, co przykuło uwagę Lillie. Dziewczynka szybko się uczy, skoro zauważyła lawendę ukrytą w wysokiej trawie.
- Zbieraj. - Pokazuję jej gestem, a dziewczynka się rozpromienia.
Będzie mogła sprzedać ten przydatny kwiat na targu, albo oddać go mnie, abym uzyskała olejek i wtedy podzielimy się zarobkiem. Przeżycie jest w końcu najważniejsze.
- Jak Owen czuje się przed finałami? - zagaduje mnie dziewczynka, po zerwaniu ostatniego kwiatu.
Na całe szczęście kilka zostało, aby zapewnić jego przetrwanie. Lillie naprawdę szybko się uczy. No cóż, to po prostu kolejny dowód na mylność teorii Kratza, nic więcej.
- Jest podekscytowany – odpowiadam wolniej, niż zazwyczaj.
Dziewczynka dopiero uczy się mnie rozumieć. Przychodzi jej to z lekkim oporem. Nie winię jej, sama miała spore trudności na początku. Mówienie jest dla nas czymś naturalnym, nic dziwnego, że ciężko nam je czymś zastąpić.
- To drugie słowo to "podekscytowany"? - upewnia się dziewczynka.
Jest naprawdę błyskotliwa i chłonna wiedzy. Potakuję skinieniem.
- Ja też jestem – stwierdza z entuzjazmem. - Naprawdę bardzo bym chciała tam pójść i nie powiem nikomu, że ty mnie zabrałaś – zapewnia mnie.
Obie dobrze wiemy, że rzadko przyjmuję kogoś do swego grona, a jeszcze rzadziej przystaję na jego prośby. Jeden taki człowiek już nie żyje i jest jednym z powodów, dla których nie mam w sobie zbyt wiele empatii dla innych. Wtedy trudniej jest się pozbierać, wrócić do tego, co było wcześniej. Bo jak najłatwiej złamać człowieka, jeśli nie…?
Docieramy z Lillie do bramy, którą z wprawą otwieram. Dziewczynka bez słowa zabiera się za podlewanie grządek, które już są obsiane. Ja sięgam po szpadel, aby przekopać wolny pas ziemi i zasadzić w nim nasiona, które zdobyłam od Vince'a. 
Lillie pracuje w ciszy i bardzo dokładnie. Jej włosy zaczynają się delikatnie kręcić pod wpływem upału, który stopniowo się wzmaga. Z wprawą sadzę kolejne nasiona w ziemi, a dziewczynka podlewa również je. Czuję, jak pot skapuje mi z czoła, więc zarządzam krótką przerwę na napicie się wody. Lillie jak zwykle ma swoją, jest przezorna, a to niezwykle istotna cecha. Po chwili wracamy do pracy, którą kończymy po niecałych trzydziestu minutach. 
Bierzemy kolejne kilka łyków wody i postanawiamy wrócić drogą prowadzącą przez Wilcze Stawy. Nazwa pochodzi od kształtu, który obserwowany z Gór przypomina podobno odbicie wilczej łapy. Wcześniej nazywane były Lisimi Stawami, jednak negatywny wydźwięk słowa "lis" przyczynił się do zmiany nazewnictwa. Wychodzimy poza teren ogródka, który pieczołowicie zabezpieczam kłódką. W powietrzu unosi się zapach parującej ziemi, z której słońce wyciska ostatnie krople porannej rosy.
Zauważam ich nagle, stoją zwartą, trzyosobową grupą. Tropiciele, zdrajcy, Odrzutkowie, którzy na usługach Lisów polują na nas. Zauważyli nas, więc nie mamy szansy przekraść się obok inną trasą. Łapię Lillie za nadgarstek i ciągnę w kierunku Białodrzewiego Gaju. Biegniemy szybko, mamy drobną przewagę. Tropiciele orientują się dopiero po kilku uderzeniach serca, że nie będzie z nami tak prosto. Staram się przypomnieć sobie nawigowanie po Gaju w tym kierunku, ale jestem przerażona tak mocno, że nie potrafię się na tym skupić. Szczęśliwym trafem dobiegamy do Białej Doliny. Zeskakuję w biały puch i ciągnę dziewczynkę za sobą. Miękki podłoże podnosi się lekko, a wiatr zwiewa je na naszą dwójkę. Nie zatrzymuję się, mamy idealną przewagę, aby mój plan się udał. Pchana adrenaliną ciągnę Lillie do narożnika doliny, a następnie wpycham ją do znajdującego się tam wejścia do jaskini. Dziewczynka musi je pokonać na kolanach. Rozgląda się jeszcze szybko, ale Tropicieli na razie jedynie słychać, ale na szczęście ich nie widać. Upadam na kolana i przeciskam się do niewielkiego, ciasnego i ciemnego pomieszczenia.
- Gdzie one się podziały? - Głosy Tropicieli są coraz bliżej.
- Zniknęły, czy co, do cholery? - Bliżej, niemalże tuż obok.
Przyciskam dziewczynkę mocniej do siebie. Słyszę głośne bicie naszych serc. Czuję paraliżujący lęk i zaczynam zastanawiać się, czy mam ze sobą jakieś ostrze, którego mogłabym użyć w ostateczności. Lillie jest tak blisko, jakby chciała, abym ją wchłonęła. Drży… chociaż właściwie obie drżymy. Wspomnienia wypływają na powierzchnię, a ja nie mam siły z nimi walczyć… ale głosy się oddalają. Nie oddaję się jednak odruchowi, jakim jest natychmiastowe wyjście z tego ciasnego, dusznego miejsca.
Cierpliwie czekam, aż promienie słońca upewnią mnie, że minęła wystarczająca ilość czasu, że naprawdę jesteśmy bezpieczne. Mija strasznie dużo czasu, Lillie oddycha coraz bardziej miarowo, nie odzywa się, jestem prawie pewna, że najzwyczajniej w świecie zasnęła. Czas strasznie się wlecze, a jedynym sposobem na jego zabicie, jest drzemka. Idę więc w ślady dziewczynki i mimo niewygodnej pozycji, jaką wymusza na mnie jaskinia, przymykam na jakiś czas oczy.
Budzę się, czując na twarzy zabłąkany promień słońca. Ostrożnie budzę Lillie i wyczołguję się z naszego schronienia. Podaję dziewczynce dłoń i pomaga wygramolić się ze środka. Od razu osłania oczy dłonią, kiedy pada na nią intensywne światło. Jej oczy nadal są ogromne, podszyte strachem. Rozglądam się dookoła i staram się podjąć jakąś decyzję. Mogę spróbować przeprowadzić nas przez Białodrzewi Gaj, ale będzie to dość skomplikowany proces, za to na innych drogach możemy spotkać Tropicieli. Wzdycham bezgłośnie i spoglądam na dziewczynkę. Ta sytuacja na pewno odciśnie na niej swoje piętno. Chyba faktycznie jako zapłata zabiorę ją dziś na finały. Najpierw jednak muszę wrócić do domu, do mojego brata, do bezpieczeństwa.
- Chodź. - Pokazuję jej gestem i ujmuję dłoń Lillie.
Prowadzę nas Doliną, powoli, z namysłem. Wypatruję wydeptanych ścieżek w zboczu, ale to nie wystarczy, bo jedyna bezpieczna to ta przy Karłowatej Topoli, która swoim wzrostem nie dorównuje pozostałym z drzew Gaju. Mimo wszystko trudno ją zauważyć w lesie niemalże identycznych drzew. Lillie mocno ściska moją dłoń, teraz już wiem, że raczej się jej nie pozbędę, nawet jeśli bardzo będę chciała. Takie sytuacje zbliżają ludzi… ale nie mnie.
W końcu odnajduję punkt orientacyjny, od którego należy się kierować do Krwawego Dębu, ten na szczęście jest dobrze widoczny z tego miejsca. Prowadzę dziewczynkę w milczeniu. W końcu wychodzimy z Gaju, a ja oddycham z ulgą. Szybciej niż zwykle kieruję się do domu, nadal nie wypuszczając dłoni Lillie ze swojej
Owen unosi na nas zaniepokojone spojrzenie, kiedy wpadamy nagle do domu. Lustruje najpierw mnie, moje ubrudzone ubranie, podrapane kolana i zmierzwione włosy, a później podobnym wzrokiem ocenia dziewczynkę. Jego reakcja jest natychmiastowa. Wstaje gwałtownie i przyciąga nas obie do siebie. Mimo lęku, jaki spotkał dzisiaj Lillie taka bliskość jej idola działa na nią niemalże oszołamiająco.
- Co się stało? - pyta Owen z brodą na czubku mojej głowy.
- Ścigali nas Tropiciele – odpowiada drżącym głosem dziewczyna. - Gdyby nie Ciara… - tutaj urywa i zaczyna szlochać.
Nadmiar emocji dnia dzisiejszego znalazł swoje ujście. Owen, widząc, że nie kwapię się do pocieszania dziewczynki, sam mocniej ją przytula. Moja empatia umarła tamtego dnia, rozłożyła się wraz z ciałami na Mokradłach.
- Już dobrze – uspokaja ją Owen, głaszcząc po plecach. - Myślę, że dzisiejsze finały pomogą ci o tym zapomnieć, co ty na to?
Dziewczynka podnosi na niego spojrzenie szeroko otwartych, ciemnych oczu.
- Naprawdę mogę? - pyta cicho.
Mój brat tylko przytakuje, a później spogląda na mnie zmartwionym wzrokiem. Wie, jak wiele odebrali mi Tropiciele, a zdolność mowy, jest tylko jednym z nich.


***

[Aida]
Przed wejściem do Areny stoi jakiś podejrzany osobnik. To znaczy bardziej podejrzany niż wszyscy pozostali. Podejrzewam, że w środku jest jeszcze gorzej. Figaro mówi nam, żebyśmy zostały nieco z tyłu, podchodzi do niego i zamienia kilka słów. Potem kiwa na nas dłonią, że możemy wejść.
- Zasady jak zawsze - zwraca się do Aurory, a ta kiwa głową. Ja jedynie unoszę wysoko brew, a Fi wywraca oczami. - Nie odzywacie się, nikogo nie zaczepiacie. Jeśli macie pytania kierujecie je do mnie, jak chcecie obstawiać, też to ogarnę. Ogółem, nie gadacie z nikim, kogo nie znacie.
- Czyli zostałeś naszym jedynym partnerem do rozmowy. Fantastycznie – wzdycham.
Wchodzimy do półmroku przedsionka. Zza brudnych szmat imitujących zapewne coś w rodzaju kotary dochodzi głuchy pomruk, jaki mogą wydawać tylko setki zmieszanych ludzkich głosów.
Zerkam kątem oka na Aurorę, ta jednak czuje się tutaj jak u siebie w domu i bez wahania przechodzi za kotarę. Figaro nieco prześmiewczym gestem puszcza mnie przodem, a ja z lekką obawą podążam za siostrą.
Nie powinno mnie tutaj być.
Powietrze jest ciężkie od dymu, zapachu potu, bardzo taniego alkoholu i jeszcze jakiegoś metalicznego zapachu, w którym po chwili rozpoznaję zapach krwi. Mrużę oczy i z zaskoczeniem zauważam, że całkiem sporą część widowni, na której się teraz znajduję stanowią mieszkańcy Enklawy. Jaśni, Ciemni… ale najwięcej zauważam rudych głów. Być może bardziej rzucają się w oczy, ale z drugiej strony, stanowimy niewielki procent społeczeństwa.
Obracam się w poszukiwaniu Aurory bądź Figara, którzy zniknęli mi w tłumie i prawie wpadam na czarnowłosą dziewczynę. Jej oczy są bardzo, bardzo jasne. Jest tak klasycznym przykładem Odrzutka, że aż się wzdrygam ze wstrętem.
- Jesteś ślepa, czy jak? - prycham pogardliwie i omijam ją szerokim łukiem. Jeśli coś odpowiedziała, ja już tego nie usłyszałam.
Doganiam Aurorę, która dotarła do barierki. Jesteśmy jakby na balkonie, właściwa arena jest poniżej, otoczona drucianą klatką. Na dole jest jeszcze większy ścisk. Poniekąd tutaj także panuje segregacja – na dole nie ma praktycznie ludzi z Enklawy, może paru Ciemnych. Tutaj, u góry, to mieszkańcy Zamurza są w mniejszości.
I bardzo dobrze.
Powyżej nas są jeszcze dwa poziomy, ale z tego, co widzę, nie ma tam żadnych widzów. To zapewne jakieś pomieszczenia techniczne.
Impreza albo się jeszcze nie rozpoczęła, albo trwa coś na kształt przerwy. Stan ten zapewne wkrótce ulegnie zmianie, bo na dole zaczyna się jakiś ruch.
- Ktoś mi wytłumaczy, co się tutaj dzieje? - pytam szeptem Aurorę.
- To system turniejowy – wyjaśnia mi Figaro szeptem. - Dziś są finały, a właściwie jeden finał, bo poprzedni już się rozstrzygnął przed przerwą – potwierdza moje domysły.
- Kto wygrał? - pyta z zainteresowaniem Aurora.
- Twoja faworytka, Nike. - Uśmiecha się Fi, wskazując brodą jasnowłosą szczupłą, ale mocno umięśnioną dziewczynę o oczach czarnych jak węgiel. Siedzi nieopodal nas, przykładając lód do policzka.
- Super. Szkoda, że nie obstawiłam – smuci się Aurora, a ja spoglądam na nią ze zgrozą. - Ty powinnaś, Aida. Można jeszcze obstawiać męski finał – zauważa.
- Na kogo niby mam postawić? - prycham.
- Osobiście polecam tego gościa. - Pokazuje ciemnowłosego chłopaka o różnobarwnych tęczówkach. Nie wiem, jakim cudem dostrzegam to wszystko w tych ciemnościach. - To degenerat, jest bardzo… agresywny. Ma duże szanse.
Przyglądam się z uwagą Odrzutkowi. Heterochronia to wada, która świadczy o najwyższym stopniu degeneracji kodu DNA. Obecnie nie da się niżej upaść, to ostatni etap. Degeneraci są nieomal jak zwierzęta. Nic dziwnego, że są idealnymi faworytami w nielegalnych walkach.
Marszczę nos i przenoszę wzrok na drugiego zawodnika. To ciemnowłosy, drobny chłopak o jasnych oczach. Nic szczególnego. Tamten rozgniecie go jak muchę, bez dwóch zdań.
Jednak jestem zła na Figaro, że ściąga moją siostrę na złą drogę i nie mam zamiaru robić niczego, co on uważa za słuszne.
- 200 na tego drugiego. - Podaję mu banknot. - To będą najgorzej wydane pieniądze w moim życiu… - wzdycham.
- Owszem, bo przegrasz z kretesem, złotko. - Fi bierze ode mnie pieniądze i uśmiecha się figlarnie. - Zaraz wracam, moje drogie.
Już żałuję, że się zgodziłam na to wszystko. Aurora ma jednak na mnie niepodważalnego haka, a ja przez najbliższe trzy tygodnie nie mogę zakończyć kuracji.
A jeśli Pen się dowie…
Nim Figaro dociera z powrotem na swoje miejsce, walka się rozpoczyna. Na arenę wychodzą obaj mężczyźni. Według napisu na tablicy pierwszy z nich nazywa się Vince, a drugi Owen. Ciąg cyfr przy ich imionach nic mi nie mówi.
- Co to oznacza? - pytam cicho Aurorę.
- Statystyki. Waga, wzrost, wiek, współczynnik wygranych do przegranych… No i oczywiście stawka, o jaką grają – odpowiada lekceważącym tonem, jakby było to oczywiste.
- Stawka…?
Aurora wywraca oczami.
- Dostają pieniądze za wygraną. Turniej jest podzielony na etapy. Jest dziesięć rund. Mogą zrezygnować w każdej chwili, ale wtedy dostaną tylko pieniądze za ostatnią wygraną walkę. Jest to jeden procent tego, co obstawiono w tej rundzie. Prócz tego są progi bezwzględne – to trzecia i siódma walka. Jeśli na przykład przegra w szóstej walce, to należy mu się to co wygrał w pierwszych trzech, ale dochód z czwartej i piątej przepada. Oczywiście – żeby przejść do następnej rudy, trzeba wygrać poprzednią. W finale wygrany zgarnia całość, plus dostaje dodatkowy procent z zakładów w formie bonifikaty za wygraną.
To wyczerpujące wyjaśnienie zajmuje mnie tak, że nie zauważam początku walki. Degenerat ma wyraźną przewagę nad Odrzutkiem. Mimo to, ten ostatni jeszcze jakoś trzyma się na nogach, choć całą twarz zalała mu krew. Pewnie oberwał w nos – wygląda na złamany.
- Twoje dwie stówki właśnie spływają do rynsztoka… a raczej przyczynią się do wzrostu mojej wygranej – śmieje się Figaro na ten widok.
- Spadaj – prycham. - Jeszcze za to bekniesz…
- ...jak tylko odstawisz tabletki. – Fi zniża głos do szeptu.
A jednak podsłuchiwał! Menda.
- To nie twój zasrany interes – syczę.
- To się jeszcze okaże… O kurwa! - Przenosi szybko wzrok na arenę.
Podążam za jego spojrzeniem – Vince obrywa mocnym ciosem w szczękę, jednak nie pozostaje dłużny przeciwnikowi i uderza go „z byka” w brzuch. To chyba nie jest czyste zagranie…
Choć pewnie i tak tutaj nie ma dobrych i złych ruchów. Jest tylko brutalna jatka.
Jak zwierzęta.
Okłada go jeszcze kilkoma ciosami, sprowadzając do parteru. Z widowni ze strony ciemnowłosego dobiegają przerażone piski. Wytężam wzrok.
Zaraz. Czy to są… fanki?
Tak. Gość ma autentyczny wianuszek wielbicielek, które teraz przez palce spoglądają na tę masakrę na arenie. Ich pupilek długo już nie pociągnie. Co ciekawe, są wśród nich zarówno kobiety z Zamurza, jak i z Enklawy. Głównie Jasne, ale również parę Ciemnych. Widzę nawet jakiś przebłysk rudych włosów, ale może mi się wydawać w tym świetle.
Walka chyba dobiega końca. Chłopak leży już na ziemi, ale nikt nie kończy walki. Widać, że jeszcze dają mu szansę… a raczej pozwalają się temu drugiemu do końca na nim wyżyć. Nagle jednak, Owen podrywa się do góry, gdzieś pomiędzy nogami Vince’a i powala go jednym, ale bardzo celnym ciosem w splot słoneczny. Doprawia kopniakiem w nos, co zapewne jest już czystą zemstą, a ktoś odgwizduje koniec walki.
Tłum zaczyna wiwatować. Tylko gdzieś za moimi plecami słychać gniewne okrzyki. Wysoki Parnas, którego kojarzę z widzenia, ale nie wiem skąd, zaczyna się awanturować. Zdaje się, że po prostu przegrał i bardzo mu się to nie podoba. Ku mojemu zdziwieniu, jego pretensje nie zostają wysłuchane – zostaje po prostu w trybie natychmiastowym wyrzucony za drzwi.
Figaro chyba dostrzega moją zaskoczoną minę, bo wyjaśnia z pobłażliwym uśmiechem.
- Tutaj niestety jesteśmy gośćmi, złotko. Dlatego musimy grać na ich zasadach. - Wzrusza ramionami. - W ogóle nie powinno nas tu być. Właśnie dlatego prosiłem, żebyście się nie odzywały do nikogo poza mną. - Zerka znacząco na Aurorę. Czyżby moja siostra zdążyła się już w coś wpakować?
- Co z moją wygraną? - pytam, by zmienić temat.
- Cóż, o ile się nie mylę, zarobiłaś coś około tysiaka, niezła przebitka, Vince był zdecydowanym faworytem. Będzie na nowe kosmetyki, co? - kpi nieco.
- Na zbyt wiele sobie pozwalasz, Fi. - Wydymam usta i zakładam ręce na piersi. - Odbieramy moją wygraną i spadamy stąd. Dość już dzisiaj zobaczyłam.
Kiedy wychodzę, chowając do kieszeni plik banknotów, rzucam jeszcze ostatnie spojrzenie na zwycięzcę. Jest otoczony swoimi fankami, jednak całą swoją uwagę skupia tylko na jednej z nich. Jego spojrzenie pada na chwile na mnie, jednak prześlizguje się po mojej twarzy bez śladu zainteresowania.
Figaro ma rację – tutaj jesteśmy tylko nieproszonymi gośćmi.

__________
No i udało nam się stworzyć dwójeczkę i - mamy nadzieję - nieco szerzej przedstawić wymyślony przez nas świat. Jak tam? Macie już jakieś ulubione postaci? Przemyślenia? Wnioski? Zażalenia? Teorie spiskowe?
Podzielcie się!
A my postaramy się jak najszybciej podzielić z Wami następnym rozdziałem.
Pozdrawiamy, S&S